Dyplomacja woli unikać konkretów

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-05-28 00:00

Coroczne spotkanie prezydentów Europy Środkowej — które odbyło się po raz czternasty, tym razem w Brnie — należy do przedsięwzięć, których cel jest równie wzniosły co mglisty. W tym roku liczba uczestników stopniała z zapowiedzianych 18 do 15. Wiktor Juszczenko odwołał przylot w ostatniej chwili, co przyjęto ze zrozumieniem. Ale weterani szczytów, prezydenci Niemiec i Słowenii, po prostu odmówili udziału, uznając że ich pobyt w Brnie jest zbędny.

Dumny czeski prezydent Václav Klaus musiał nie tylko przełknąć ten koleżeński afront (zwłaszcza Horsta Köhlera, który

wybrał promowanie Niemiec

w Szanghaju), ale także wywlekać przy gościach spory wewnętrzne. Zaproszony premier Mirek Topolánek mówił o czymś innym, niż życzyłby sobie gospodarz szczytu — głównie o tarczy antyrakietowej w kontekście relacji z Rosją. Czeskie media oceniły to jednoznacznie: „Topolánek zlobil (czyli mocno zdenerwował) Klause”. Konflikt władz w Czechach nie ma żadnego porównania z Ukrainą, ale trudno uciec od refleksji, że w tej kategorii Polska jawi się krainą pełnej, rzec by można braterskiej jedności...

Z polskiego punktu widzenia największą wartością szczytu była możliwość spotkania się Lecha Kaczyńskiego z głowami kilku państw — na przykład Serbii i Albanii. Ich konflikt o Kosowo był jednym z głównych wątków rozmów w Brnie, dlatego aż się prosiło, żeby gospodarz Klaus posadził obu prezydentów naprzeciwko siebie i wszyscy mogli ocenić ich argumenty. Niestety, w dyplomatycznych formułach taka porażająca konkretnością debata jest niewyobrażalna. Wygodniej używać ogólników — na przykład o konieczności rozszerzenia Unii Europejskiej, z czym zgodzili się wszyscy uczestnicy spotkania. Tym bardziej, że zachowana była równowaga (8:7) między państwami UE i mającymi nadzieję na członkostwo.