Do rabina przychodzi kupiec będący w ostrym sporze z drugim kupcem, który — według jego relacji — jest łotrem, oszustem i nie dotrzymuje umów. Rebe, po długim namyśle, stwierdza: wiesz, ty masz rację. Ale następnym proszącym o poradę jest właśnie adwersarz pierwszego kupca. Według jego relacji sprawa wygląda zupełnie inaczej i to pierwszy kupiec jest niewypłacalny, niewiarygodny, a tak w ogóle to jest łotrem i oszustem. Rebe, po długim gładzeniu brody, orzeka: wiesz, ty masz rację. Przysłuchujący się temu uczeń rebego oburza się: rebe, tak nie może być, że i jeden i drugi z tych kupców mają rację. Przecież oni są w śmiertelnym sporze. A wiesz, odpowiada nie zrażony rabin, ty też masz rację.
Ten szmonces doskonale pasuje do sytuacji, jaką mamy w trójkącie bermudzkim MSP-PZU — Eureko. PZU, co prawda, nie jest podmiotem w tym sporze, jest jedynie przedmiotem, ale przedmiotem bardzo atrakcyjnym. Podmioty są dwa: Ministerstwo Skarbu Państwa, w osobie ministra Kaczmarka, i międzynarodowe konsorcjum Eureko, reprezentowane przez jego prezesa, Holendra, Arnolda Hoevenaarsa. Panowie chyba od samego początku nie przypadli sobie do gustu, nie mówiąc już o dzielących ich różnicach w interpretacji umów zawartych przez Eureko z poprzednikami ministra Kaczmarka. W efekcie od kilku miesięcy trwała kampania pozycyjna, obliczona na przeczekanie i wymęczenie przeciwnika, i podjazdowa wojna na słowa. Jak każda wojna podjazdowa, nie mogła trwać wiecznie, któraś ze stron musiała przejść do ofensywy. Stroną tą, co dziwi i zaskakuje, jest Eureko, którego prezes w wywiadzie dla „Newswee-ka” stwierdził wprost: „Straciliśmy zaufanie do polskiego rządu, a z ministrem skarbu nie mamy już o czym rozmawiać”.
Na reakcję, co zrozumiałe, nie trzeba było długo czekać. Jeszcze przed ukazaniem się w kioskach polskiej edycji tego tygodnika, minister Kaczmarek, w wywiadzie dla Reutera, również postawił sprawę jasno: nie zamierzam sprzedać Eureko 21-procentowego pakietu akcji PZU i jestem gotów ponieść wszelkie tego konsekwencje. Kto ma rację w tym sporze? — nie sposób w tym miejscu rozstrzygnąć. Z pewnością sąd arbitrażowy w Sztokholmie, przed który sprawa najprawdopodobniej zostanie wniesiona, nie będzie miał łatwego zadania. Nie jest wykluczone, że jego orzeczenie będzie miało co nieco wspólnego z werdyktem wydanym przez rabina. I co wtedy?
Uczciwie mówiąc, co najmniej dziwi ton wielu wypowiedzi prezesa Eureko. Wydaje się, że to właśnie panu Hoevenaarsowi zwyczajnie puściły nerwy. A jak wiadomo, to właśnie one są najgorszym doradcą w interesach. Bo jest kilka prawd oczywistych i towarzyszących im okoliczności:
- To prawda, że zawarte umowy winno się respektować i dotrzymywać ich zapisów, ale... czy prezes naprawdę nie zna licznych przypadków, już w czysto prywatnym biznesie, kiedy jednak od nich odstąpiono? Praktycznie bez konsekwencji.
- To prawda, że europejski komisarz Gunter Verheugen stwierdził, iż sprawa sprzedaży akcji PZU to kwestia wiarygodności Polski jako partnera w interesach, ale... czy prezes Hoevenaars sądzi, że to upoważnia go do bezpardonowego ataku na polski rząd?
- To prawda, że niektóre pomysły ministra Kaczmarka nie muszą budzić entuzjazmu, szczególnie inwestorów zachodnich, ale... czy prezes sądzi, że takie wypowiedzi, z pozycji inwestora mniejszościowego we wciąż państwowym PZU, cokolwiek zmienią i ułatwią?
Znając pragmatykę biznesu należy oczekiwać, że i ta sprawa znajdzie swoje pozytywne i bardziej lub mniej satysfakcjonujące zakończenie. Być może nawet obejdzie się bez sądowego arbitrażu. Ale może nie obejść się bez korekt personalnych wśród najbardziej zainteresowanych i zdenerwowanych, bo to „nie służy atmosferze”. A mówi się, że minister Kaczmarek nie spieszy się. I nigdzie się nie wybiera.


