Prekampania po stronie opozycji znajduje się nadal w fazie ucierania się komitetów oraz list (jeszcze bez personaliów) wyborczych. Po stronie władców wszystko jest niby jasne, podobnie jak w 2015 i 2019 r. wystartuje jednopartyjny komitet PiS z wpuszczonymi na listę rozmaitymi wasalami. Jarosław Kaczyński tym razem jednak nie przydzieli zbyt wielu tzw. biorących miejsc Solidarnej Polsce (SP). Kanapa Zbigniewa Ziobry w 2019 r. zaskakująco skutecznie się rozepchnęła i obsadziła w Sejmie aż 19 z 235 mandatów PiS. Zdając sobie sprawę z zagrażającego tzw. opiłowania, minister sprawiedliwości oznajmił, że metoda przeliczeniowa D’Hondta (głosów w urnach na poselskie mandaty) oczywiście podpowiada SP przyczepienie się trzeci raz do okrętu PiS, ale jego partyjka zarazem… przygotowuje scenariusz awaryjny, czyli start samodzielny.
Stabilizuje się warstwa merytoryczna kampanii, przynajmniej po stronie PiS. Strategiczne przesłanie do elektoratu jest bardzo proste i w zamierzeniu chwytliwe – władzy raz zdobytej nie możemy oddać nigdy, bo przecież tamci wszystko zniszczą. Przekazy na poziomie taktycznym są natomiast bardzo różne. Na przykład 21 marca, w pierwszym dniu kalendarzowej wiosny, rząd wymyślił propagandowe pożegnanie zimy. Staropogańskim obyczajem było ofiarne topienie, a wcześniej podpalanie kukły złowrogiej bogini Marzanny, która zabierała ze sobą zimowe złogi. Premier Mateusz Morawiecki z najbliższymi ministrami oraz garstką prorządowych samorządowców upamiętnił wielkie energetyczne zwycięstwo nad zimą 2022/23. Obiektywnie trzeba przyznać, że ogromne obawy i opałowa panika z miesięcy letnich na szczęście okazały się na wyrost. Opatrzność okazała się dla Polski i niemal całej Europy łaskawa, spełniło się nasze powszechne życzenie, które zapisałem w tytule komentarza z 20 lipca 2022 r. „Niech nam zima lekką będzie”. Szczęśliwie – ostatnio w naszym regionie taki klimat mamy…

Dla młodzieży nadejście wiosny to oczywiście już nie jakaś tam Marzanna, lecz dzień wagarowicza. Stracone godziny warto jednak nadrobić, choćby po to, by lepiej rozumieć znaczenie krążących w przestrzeni publicznej liczb. Żegnając we wtorek lekką zimę premier wielokrotnie powtarzał niczym z zacinającej się płyty określenie „ruska inflacja”. Zawężenie jej skali tylko do wpływu złowrogiego Władimira Putina to wersja dla wagarowiczów. Pomiary bardzo rzetelne i uczciwe, czyli nieskażone nakazem podporządkowania ich wyników samouwielbieniu władców, dzielą jej powody. W lutym CPI (Consumer Price Index), czyli najważniejszy i najbardziej obiektywny wskaźnik inflacji/deflacji, wzbił się r/r na rekordowe 18,4 proc. – w tym inflacja tzw. bazowa wyniosła 12 proc., czyli mniej więcej dwie trzecie. Za bazową odpowiada nie żaden import wojenny, lecz wewnętrzna polityka gospodarcza, to pomiar skali rządowych błędów. Tak naprawdę najgorsza w Polsce jest okoliczność, że problemy związane z gnębiącą społeczeństwo inflacją zostały odepchnięte przez władców na przyszłość. Negatywnie odróżniamy się od państw, w których wzrost cen uderzył faktycznie szokująco w 2022 r., ale inflacja ma tam inną strukturę i zaczęła realnie spadać. Niestety, w Polsce rozgościła się na bardzo długo, bez względu na wyniki wyborów.
