Dziś w Pulsie: Agorę ciągle interesuje pozycja lidera

Przemek Barankiewicz
opublikowano: 2003-01-31 00:19

Sprawa Rywina nie będzie miała wpływu na kurs akcji Agory i nie zagrozi jej wiarygodności wśród inwestorów — zapewnia Wanda Rapaczyńska, prezes holdingu. W najbliższych miesiącach wydawca „Gazety Wyborczej” zwolni tempo akwizycji, skoncentruje się na podnoszeniu rentowności spółek, a po uchwaleniu ustawy o radiofonii i telewizji wróci do rozmów z Polsatem.

„Puls Biznesu”: Nie obawia się Pani, że sprawa Rywina podważyła zaufanie inwestorów do Agory i może negatywnie wpłynąć na jej notowania giełdowe? Ostatnio kurs spółki oscyluje wokół historycznego minimum.

Wanda Rapaczyńska, prezes Agory: Jeżeli spółka, która odmawia wręczenia łapówki i zawiadamia o tym opinię publiczną, miałaby stracić wiarygodność, oznaczałoby to, że podmioty gospodarcze, które publicznie skarżą się na próbę wymuszenia łapówki, są bez szans. To zbyt daleko idące wnioski.

„PB”: Ale inwestorzy mogą być zaniepokojeni tą sytuacją?

W.R.: Otrzymaliśmy kilka listów od instytucji zagranicznych — wszystkie z wyrazami wsparcia.

„PB”: Nie obawia się Pani, że odczucia polskich akcjonariuszy Agory mogą być inne?

W.R.: Nie. Nasze działy relacji inwestorskich są w stałym kontakcie z analitykami. Sprawa Rywina nie ma związku z notowaniami akcji Agory, które minimum osiągnęły w listopadzie. W porównaniu z WIG i Międzynarodowym Indeksem Spółek Medialnych od początku 2002 r. akcje Agory były notowane z premią, chociaż w ostatnim czasie zaczęła się ona zmniejszać. Przypominam jednak, że środki finansowe Agory nie zostały uszczuplone przez łapówkę i sprawa Rywina nie ma wpływu na naszą sytuację finansową.

Po ujawnieniu afery Watergate spadły notowania akcji wydawcy „The Washington Post”. Powodem nie była jednak sytuacja finansowa spółki, lecz ataki rządu, który próbował jej odebrać koncesje telewizyjne. Wtedy zaniepokojony rynek zareagował. Ale to było nielegalne działanie rządu amerykańskiego.

„PB”: Czy Pani zdaniem rynek audiowizualny mógłby się obejść bez KRRiT?

W.R.: Od początku uważałam, że powołanie rady było wielkim błędem. Problem polega na tym, że aby tę instytucję przenieść na śmietnik historii, potrzebna jest zmiana Konstytucji. Nie widzę na to najmniejszych szans w najbliższych czterech, pięciu latach. Ale wracając do nowelizacji. Trzecia sprawa, którą w ustawie trzeba zmienić, to zapisy antykoncentracyjne i regulujące ruchy kapitałowe w podmiotach podlegających kontroli KRRiT. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej ustawa w obecnym kształcie będzie dyskryminować krajowych nadawców. A wiem, że zachodnie koncerny medialne już przygotowują się do wejścia na nasz rynek. Polski wydawca gazety nie będzie mógł kupić telewizji, ale będzie to mógł zrobić wydawca na przykład z Londynu. Żeby było jasne — nie chcemy preferencji dla polskich nadawców. Chcemy wyłącznie równych szans dla wszystkich. Nie wykluczamy, że podstawowym powodem powstania tej ustawy był zamiar sprywatyzowania jednego z kanałów telewizji publicznej, a wtórnym chęć osłabienia komercyjnej konkurencji. Zdajemy też sobie sprawę, że polskie przepisy muszą zostać dostosowane do wymagań UE. Proponujemy więc wyodrębnić je z ustawy i uchwalić tzw. małą nowelizację. Pozostałe przepisy ustawy powinny zostać poddane rzeczowej i spokojnej debacie.

„PB”: Ale nawet marszałek Sejmu twierdzi, że uchwalenie małej nowelizacji nie jest potrzebne.

W.R.: Przeszkód prawnych nie ma. To wyłącznie kwestia woli politycznej.

„PB”: Jakie konsekwencje miałoby wejście w życie ustawy w obecnym kształcie?

W.R.: Są podstawy do tego, by wątpić, czy ustawa przejdzie. Mamy informacje, że komisja legislacyjna negatywnie oceniła wiele zapisów, kwestionując ich zgodność z Konstytucją. Nie zapominajmy, że prezydent Kwaśniewski zapowiadał skierowanie ustawy w takim kształcie do Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli nie zrobi tego prezydent, zrobią to upoważnione do tego stowarzyszenia.

„PB”: A gdyby mimo wszystko nowela została przyjęta? Jak będzie wtedy wyglądał rynek?

W.R.: KRRiT robi, co chce. Ma do tego prawo — nieskończoną liczbę delegacji ustawowych. Telewizja publiczna rośnie w siłę i stopniowo wyciska kolejne punkty procentowe z rynku reklamowego. Warto dodać, że w ciągu ostatnich trzech lat zwiększyła swój udział w rynku reklamy o 9 punktów proc. Przy łącznych wydatkach netto na reklamę w Polsce, które ostrożnie szacujemy na 5 mld zł, łatwo obliczyć, że reklamowe przychody TVP wzrosły o blisko 500 mln zł. To prawie tyle, ile wpływy reklamowe „Gazety Wyborczej”. Media prywatne będą z roku na rok słabsze.

„PB”: Ale TVP podaje, że jej przychody spadają.

W.R.: Raporty finansowe TVP są ogólnodostępne. Nie ma tam żadnych spadków. Ani w abonamencie, ani we wpływach z reklamy. Powiedziałabym, że jest mały wzrost.

„PB”: W ostatnim czasie w „GW” ukazała się seria artykułów dyskredytujących Muzę jako kandydata do sprywatyzowania WSiP. Kontrowersje wzbudził fakt, że w tych tekstach wykorzystane zostały materiały z memorandum informacyjnego WSiP, a jak wiadomo — Agora startowała w tym przetargu. Może nas Pani zapewnić z całą stanowczością, że Agora nie ma wpływu na redakcję „GW” i dziennikarzy oddziela od zarządu chiński mur?

W.R.: Mogę to z całą stanowczością potwierdzić.

„PB”: A jednak w artykułach o Muzie w ,,GW’’ pojawiły się informacje, do których nie miał dostępu żaden dziennikarz z innej redakcji.

W.R.: Mogę zapewnić, że te obawy są bezpodstawne. Czasem jakieś informacje mogą przedostawać się do redakcji. W tym przypadku było to niemożliwe. Ochronę informacji związanych z nowymi przedsięwzięciami traktujemy pryncypialnie.

„PB”: Agora dwa razy podchodziła do kupna WSiP. Jakie są Pani odczucia związane z tą prywatyzacją?

W.R.: Nikt z nas nie zna wszystkich szczegółów przetargów na WSiP. Jednak gdy w prasie pojawiają się informacje, które sugerują, że na ich wynik mogły wpłynąć niemerytoryczne przesłanki, może to irytować. Nie wiem, ile jest w nich prawdy. Wiem natomiast, że na oko wiarygodność Agory co do możliwości finansowania zakupu WSiP jest dużo wyższa od tej, którą ma Muza.

„PB”: I dlatego taka porażka szczególnie Państwa boli?

W.R.: Budzi wątpliwości. Coś zaczyna w tym wszystkim nie pasować.

„PB”: A może obawia się Pani, że Muza i WSiP staną się zaczątkiem grupy, która kiedyś zagrozi Agorze?

W.R.: To tylko dywagacje. Ktoś, kto ma skłonności do teorii spiskowych, może taki scenariusz rozważać.

„PB”: A Pani ma?

W.R.: To zależy. Są takie sytuacje, że zaczynam mieć, ale staram się powstrzymywać.

„PB”: Czy Agora boi się konkurencji?

W.R.: Rozsądna spółka konkurencji nie ignoruje. Na przykład, kiedy słyszymy, że Axel Springer chce wydać nowy dziennik, to zaczynamy się zastanawiać, jakie to będzie pismo i jak możemy na nie zareagować. Jeżeli ktoś chce stworzyć firmę medialną, to czemu nie? Możemy konkurować. Problem zaczyna się wówczas, kiedy konkurencja powstaje z wykorzystaniem „niestandardowych” metod.

„PB”: Zostawmy tę sprawę. Kiedy, Pani zdaniem, skończy się kryzys na rynku reklamy?

W.R.: Szacujemy, że tendencja spadkowa zatrzyma się w połowie roku. Potem powinno nastąpić lekkie odbicie. Łączne wydatki na reklamę w latach 2003—2002 powinny być bardzo zbliżone. Na wzrost trzeba poczekać do 2004 r.

„PB”: Słabsze wyniki spółek Agory to wynik tylko i wyłącznie dekoniunktury reklamowej, czy też zarząd holdingu szuka innych przyczyn — na przykład w niewłaściwym zarządzaniu?

W.R.: Trudno mówić o niewłaściwym zarządzaniu, jeżeli nawet w roku tak trudnym jak ubiegły marża EBIDTA segmentu prasowego Agory za trzy kwartały narastająco wyniosła 20,7 proc. Jednak nasze główne przedsięwzięcia — gazeta, stacje radiowe i outdoor — mają stosunkowo wysokie koszty stałe. Słaby rynek reklamowy mocno uderza w rentowność takich spó- łek, jak AMS. Powrót koniunktury automatycznie poprawia ich wyniki finansowe. Oczywiście obniżamy koszty stałe i nawet odnosimy na tym polu sukcesy.

„PB”: Są Państwo usatysfakcjonowani tym, co udało się osiągnąć na polu akwizycji w 2002 r.?

W.R.: Bardzo, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Czekamy na zakończenie galimatiasu z ustawą i na odpowiednie warunki do inwestowania w telewizję. Byłoby co najmniej dziwne, gdybyśmy nie interesowali się czymś, co pozwoliłoby podwoić skalę naszego przedsięwzięcia.

„PB”: Czy to oznacza powrót do rozmów z Polsatem? A może w grę wchodzą także inne stacje?

W.R.: Od początku deklarowaliśmy, że na każdym rynku mediowym interesuje nas tylko pozycja lidera.

„PB”: A jeżeli Zygmunt Solorz nie będzie chciał sprzedać większościowego pakietu akcji Polsatu?

W.R.: Przecież go nie zmusimy. Inwestowaliśmy już w spółki, w których nie mieliśmy kontroli nad zarządem. Nie popełnimy więcej tego błędu.

„PB”: Jaką sumę gotowa jest Agora wyłożyć za Polsat?

W.R.: O konkretnych kwotach nie ma na razie co mówić. Jedyna informacja, na której można byłoby się oprzeć przy wycenie telewizji na rynku polskim, pochodzi sprzed paru lat, więc nie jest zbyt aktualna. Są to dane dotyczące transakcji zakupu udziałów w TVN przez SBS.

„PB”: Czy któraś ze stacji radiowych Agory może powtórzyć sukces finansowy Radia Pogoda?

W.R.: Z kondycji finansowej naszych stacji jesteśmy zadowoleni. Nie wszystkie są jeszcze rentowne, ale nad tym pracujemy. Jedyne obawy związane z rynkiem radiowym dotyczą ustawy medialnej i KRRiT.

„PB”: Czy wszystkie rozgłośnie zmienią nazwę na Blue FM?

W.R.: Nie. Tylko te, które grają muzykę rockową.

„PB”: Pisma przejęte od Wydawnictwa Prószyńskiego są rentowne?

W.R.: Różnie z tym bywa. Zatrudniliśmy specjalistów od prasy magazynowej. Postawiliśmy przed nimi dwa cele: zwiększenie nakładu oraz zwiększenie udziału w rynku reklamowym.

„PB”: Czy pisma z najsłabszymi wynikami zostaną zamknięte?

W.R.: Nie mogę tego wykluczyć.

Pełny wywiad z szefową Agory znajdziesz w piątkowym "Pulsie Biznesu". Zapraszamy do lektury!