Dziś w Pulsie Biznesu: stopy zarżnęły gospodarkę

opublikowano: 2003-04-09 07:53

Żeby polska gospodarka zaczęła rosnąć szybciej, a bezrobocie spadać, potrzeba inwestycji. A tych nie będzie, dopóki realne stopy procentowe i marże banków będą o wiele wyższe niż na Zachodzie. Rząd niewiele może tu pomóc, uważa Stanisła Nieckarz, doradca ekonomiczny premiera, ekspert w Rządowym Centrum Studiów Strategicznych.

„Puls Biznesu”: Analizując dwa programy, przygotowane przez ministrów z gabinetu Leszka Millera, trudno odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, jakie są priorytety polityki gospodarczej tego rządu.

Stanisław Nieckarz: Priorytety są oczywiste: przyspieszenie wzrostu, redukcja bezrobocia oraz poprawa równowagi finansów publicznych i związane z tym problemy transferów z i do Unii Europejskiej.

Taką odpowiedź usłyszymy jednak od każdego, kogo spytamy. Na co będzie kładł nacisk premier?

— Przede wszystkim na przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Dramat polega na tym, że drugi rok z rzędu mocno spadają nakłady inwestycyjne. A bez inwestycji nie będzie rozwoju gospodarczego, nowych miejsc pracy oraz poprawy konkurencyjności.

Niestety, rząd nie ma już wielu narzędzi, które mogą dokonać przełomu. Obniżenie podatków, podwyższenie amortyzacji daje szanse na wygospodarowanie większych środków własnych, ale to za mało na inwestycje. W Polsce udział kredytów w ich finansowaniu wynosi 15-18 proc. W innych krajach ponad 70 proc.

Problemem są stopy procentowe. W krajach UE realna, po uwzględnieniu inflacji, stopa procentowa banku centralnego w ostatnich latach wynosiła od 0,5 do 2 pkt proc. W Polsce w ostatnich 5 latach kształtowała się na poziomie 10-13 pkt proc. Obecnie wynosi 5,5 proc. To całkowicie zarżnęło gospodarkę.

Ale polityka pieniężna NBP jest reakcją na wysoką inflację, która groziła kryzysem walutowym po okresie „poprzedniego Kołodki”?

— Duszenie inflacji przez rujnowanie gospodarki jest najbardziej prymitywną formą polityki pieniężnej.

Zostawmy jednak NBP. Mieliśmy mówić o tym, co należy zrobić...

— Ale bez zmiany polityki pieniężnej nie za wiele da się zrobić. Można nawet sprowadzić stawki CIT do zera, ale w obecnych warunkach i tak nie pomoże to w rozruszaniu inwestycji. Ze strony rządu i parlamentu — dla pobudzenia popytu — można by jeszcze rozważyć stopniowe obniżanie stawki podstawowej podatku VAT. Obowiązująca 22-proc. jest jedną z najwyższych w UE. Spowodowałoby to w dłuższym okresie wzrost sprzedaży i wpływów budżetowych (przykład obniżenia akcyzy na alkohole). Podstawowa sprawa to jednak oprocentowanie kredytów.

Ale oprocentowanie kredytów niewiele ma wspólnego z poziomem stóp NBP. Wynika raczej z faktu, że polskie banki mają najwyższe na świecie marże odsetkowe i nie obniżają oprocentowania.

— Sektor bankowy był i jest w stanie strukturalnej nadpłynności. Tymczasem w krajach „normalnych”, na skutek dużej aktywności, banki cierpią na brak środków i pożyczają je od banków centralnych. W efekcie są bardzo czułe na zmiany stóp procentowych.

U nas NBP przejmuje tę nadpłynność, emitując nieźle oprocentowane bony pieniężne i inne instrumenty. Banki komercyjne nie mają więc motywacji do rozwijania działalności kredytowej. Konieczne więc jest zlikwidowanie tej nadpłynności, ale przy wysokich stopach procentowych jest to niewykonalne.

I mamy uwierzyć, że jedynym problemem polskiej gospodarki są stopy procentowe?

— W mojej ocenie 75 proc. całego zestawu narzędzi, którymi można oddziaływać na warunki gospodarowania, znajduje się w NBP. Rząd i Sejm mogą zmieniać podatki, system naliczania amortyzacji, udzielania poręczeń i gwarancji, normować różne obszary funkcjonowania gospodarki, ale są to rozwiązania i instrumenty, którymi z dnia na dzień wiele nie da się zmienić. Przykładowo należałoby dokonać przeszacowania środków trwałych — ostatnio zrobiono to 8 lat temu. Podwyższyłoby to podstawę naliczania amortyzacji o ponad 30 proc. Byłoby to rozwiązanie lepsze niż formalne obniżenie stawki CIT.

Dalsza część wywiadu ze Stanisławem Nieckarzem w dzisiejszym Pulsie Biznesu. Zapraszamy do lektury!