Prognozy dla sektora aut elektrycznych przedstawili eksperci ING Banku Śląskiego i firmy doradczej EY. Oczekują, że do 2023 r. sprzedaż takich pojazdów na świecie się podwoi i że będą wówczas stanowić ok. 6 proc. wszystkich sprzedawanych aut. Jeszcze odleglejsze prognozy sugerują, że w 2040 r. po świecie jeździć będzie 41 mln aut elektrycznych, co będzie stanowić 10-35 proc. rynku.



Jeśli prognozy się sprawdzą, świat odniesie korzyści środowiskowe, związane z jakością powietrza. Rozwój elektromobilności niesie jednak dla Europy ryzyko.
— Rosnąca produkcja aut elektrycznych, przy malejącym udziale produkcji silników spalinowych, zmieni łańcuch dostaw i wpłynie na producentów podzespołów — zauważa Kazimierz Rajczyk, dyrektor zarządzający sektorem energetycznym w ING Banku Śląskim.
Dla Europy to ważne, ponieważ należy do liderów w produkcji silników, z udziałem w światowym rynku na poziomie 25 proc. Produkcja baterii jest natomiast prostsza, wymaga mniejszej liczby komponentów (ok. 320, zamiast ok. 4000 w przypadku silnika), a także mniejszego zatrudnienia (na baterię przypada jeden pracownik, a na silnik — siedmiu).
Największy udział w światowym rynku produkcji baterii do aut elektrycznych mają zaś Chiny — kontrolują 55 proc.
— Oznacza to, że w przyszłości w branży motoryzacyjnej można oczekiwać istotnego spadku zatrudnienia — mówi Jarosław Wajer, partner w dziale doradztwa biznesowego EY.
Poza tym, według ekspertów ING i EY, można oczekiwać, że spadająca liczba samochodów spalinowych wymusi na sektorze paliwowym przestawienie produkcji np. na tworzywa sztuczne. Z kolei rozwój infrastruktury ładowania aut, zwłaszcza w miastach, będzie wyzwaniem dla sieci elektroenergetycznej. Polska, jeśli nie chce zostać w tyle, musi przyspieszyć.
— Inwestycja w cały łańcuch wartości w elektromobilności nie jest jednak najlepszą strategią. Lepiej skupić się na elementach, które obiecują największy wzrost w przyszłości — mówi Jarosław Wajer. © Ⓟ