W e-biznesie jak wszędzie: liczy się pomysł i twarde prawa ekonomii. Są też wspólnicy i konkurencja. Nie zawsze uczciwa.
Rozpoczęcie działalności biznesowej w internecie nie jest szczególnie trudne. Trzeba po prostu mieć dobry pomysł. A ten może np. wynikać z własnych potrzeb. Tak narodził się serwis aukcyjny eBay. Pierre’a Omidyara pchnęła do jego stworzenia narzeczona, zbierająca plastikowe figurki i mająca problem ze zdobyciem kilku okazów.
Podobną genezę ma sklep z bielizną Intymna.pl, uruchomiony na przełomie XX i
XXI wieku przez Dagmarę Malczewską-Grzelak i Małgorzatę Lisowską.
— Powstał
z własnej potrzeby. Jesteśmy z Koszalina i w tamtym czasie oferta bielizny w tym
ponad 100-tysięcznym mieście była bardzo skromna. Dostać odpowiedni fason,
graniczyło z cudem — wspomina Dagmara Malczewska-Grzelak.
Podobne odczucia mieli zapewne mieszkańcy innych regionów Polski, bo już po
roku od uruchomienia sklepu obie panie były w stanie porzucić dotychczasowe
zajęcia i utrzymywać się z e-biznesu.
— Sklep nie przynosił kokosów, ale
dało się żyć — mówi Dagmara Malczewska-Grzelak.
Dopłacać nie trzeba też do
serwisu Promoceny.pl, uruchomionego dwa lata temu przez spółkę Advanced Network
Technologies. Istotą tego przedsięwzięcia jest prezentowanie w sieci gazetek
reklamowych sieci handlowych. I to one płacą właścicielowi witryny za
prezentację swoich ofert promocyjnych.
— W grudniu 2009 r. mieliśmy 300 tys.
użytkowników. Jest więc spora grupa ludzi sprawdzających promocje przed udaniem
się na zakupy. Sieci handlowe są skłonne płacić za dotarcie do nich ze swoją
ofertą. Zwłaszcza, jeśli przedstawi się im konkretne korzyści, porówna, ile
kosztuje dotarcie do klienta z tradycyjną, drukowaną gazetką, a ile przez nasz
serwis — twierdzi Arkadiusz Dydo, prezes Advanced Network Technologies.
Twarda kalkulacja
Już w 1996 r. rozpoczęło działalność
Centrum Rejestracji Oprogramowania (CRO), pro- wadzone przez Piotra Skulskiego.
To pośrednik w rejestracji programów, które producenci udostępniają przez
internet, ale nie za darmo. Początkowo działał ze względu na nikłą popularność
kart płatniczych i problemy księgowe polskich użytkowników takiego software’u,
którzy od producenta zwykle nie mogli uzyskać jakiegokolwiek dokumentu
spełniającego wymagania polskich przepisów o rachunkowości. Ten problem
rozwiązywało CRO, które najpierw dogadywało się z producentem, a potem
wystawiało polskim klientom swojskie faktury. Obecnie klientów napędzają CRO
nowe regulacje prawne, m.in. związane z funduszami unijnymi.
— W razie
korzystania z pieniędzy z UE zakup oprogramowania za granicą wiąże się z
dodatkową sprawozdawczością — informuje Piotr Skulski.
Twierdzi, że przez
lata jego firma stała się stabilnym dostawcą, do którego klienci wracają. I mimo
relatywnie niskich cen jednostkowych oprogramowania dystrybuowanego przez
internet składają zamówienia o wartości nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Nie oznacza to jednak, że firma nie miewa kłopotów.
— Na początku dekady
zatrudniałem ponad 10 osób. Obecnie tylko sześć — przyznaje Piotr Skulski.
Bo e-biznes to nade wszys- tko po prostu biznes. Musi się więc domykać
ekonomicznie. Boleśnie przekonuje się o tym Merlin.pl. Ten symbol polskiego
e-commerce ma permanentne problemy ze zbilansowaniem działalności. A w połowie
2009 r. pojawił się wniosek o upadłość serwisu społecznościowego Grono.net. Sąd
go nie uwzględnił, ale nawet udziałowcy nie ukrywają, że spory między nimi
wyhamowały rozwój spółki.
Domenowe problemy
W Internecie, tak jak w realu, trzeba
się też liczyć z nieuczciwą konkurencją. Najczęściej dotyczy ona nazw domen,
czyli adresów internetowych prowadzących do witryn konkretnych firm. Taki
problem miała Intymna.pl. Przez jakiś czas borykała się z konkurencyjnym
przedsięwzięciem działającym pod adresem e-intymna.pl. Sąd polubowny ds. domen
internetowych działający przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji
orzekł jednak, że narusza to prawa właścicielek Intymnej.pl do znaku towarowego.
Wziął przy tym pod uwagę, że sklep pod adresem e-intymna.pl ruszył kilka lat po
przedsięwzięciu Dagmary Malczewskiej-Grzelak i Małgorzaty Lisowskiej, a w
warunkach obrotu internetowego przedrostek "e" ma jedynie na celu podkreślenie
internetowości przedsięwzięcia, natomiast istotą marki jest słowo następujące po
tym "e".
Wchodząc w wirtualny biznes, warto pamiętać o problemach, które mogą się w
nim pojawić. Zwłaszcza, jeśli chodzi o nazwę domeny, która jest kluczowym
elementem każdego internetowego przedsięwzięcia. Czasami nawet opłaca się
zadrzeć z większym. Sąd polubowny oddalił np. powództwo Krakowskiej Fabryki
Armatur, używającej m.in. nazwy Armatura Kraków, a w logo samego słowa
"armatura", przeciwko spółce Venga M. Cichawa i Wspólnicy, która zarejestrowała
domenę armatura.pl. Uznał bowiem, że zbyt wiele firm ma w nazwie słowo
"armatura", by krakowska fabryka mogła sobie rościć pretensje do wyłączności, a
sama rejestracja słowno-graficznego znaku towarowego, którego głównym elementem
jest to słowo, nie oznacza przyznania jego posiadaczowi monopolu na
wykorzystywanie elementów tego znaku samodzielnie.
