Eko, bio, naturalne...

DM
opublikowano: 2011-11-18 00:00

Kosmetyki te nie mają jeszcze ustalonej prawnej definicji. Brakuje wytycznych zarówno w polskim, jak i w europejskim prawie. To utrudnia właściwą prezentację bardzo dobrych jakościowo produktów powstałych na bazie najwyższych standardów. Ułatwia też hałaśliwy i nieuczciwy „zielony marketing” tym, którzy traktują hasła ekologiczne jako zaledwie modne slogany bez pokrycia. Istnieje wiele certyfikatów służących do oznaczeń np. pełnej biodegradowalności, uzyskiwania komponentów z upraw chronionych czy respektowania zasad zrównoważonego handlu, jednak każde ze stowarzyszeń je przyznających ma własne kryteria i regulaminy. Powszechnie przyjmuje się, że kosmetyk wyróżniający się ekologicznym certyfikatem musi zawierać minimum 95 proc. składników pochodzenia naturalnego. Natomiast określenia „bio” i „eko” to tylko pozornie synonimy. Jako oznaczenia kosmetyków stawiają różne wymagania surowcowe. Aby być „bio”, aż 95 proc. zawartości musi pochodzić z upraw ekologicznych. Prawo do użycia terminu „eko” gwarantuje zaledwie połowa zawartości z upraw certyfikowanych jako chronione. Znając przynajmniej kilka z wydających certyfikaty organizacji, łatwo szukać ich emblematów na opakowaniach. Najpopularniejsze to Ecocert, BDIH, NaTrue czy Soil Association. Warto też pamiętać, że proces uzyskiwania cenionego certyfikatu jest długi i kosztowny. Nie wszystkie firmy stać na taką – na razie – snobistyczną ekstrawagancję. Dlatego szukając kosmetyków pochodzenia roślinnego, najlepiej uważnie wczytać się w etykiety i docenić to, że producent używa składników z certyfikowanych źródeł. Nawet kiedy na certyfikat go nie stać. Postawa jest równie ważna jak formalny dokument.

Możesz zainteresować się również: