Przedsiębiorcy widzą wielu hamulcowych, ale z panelu „Jak odblokować rynki zagraniczne dla polskich producentów” podczas Kongresu 590 przebijała również druga prawda — że kajdany niemożności biznes częściowo nakłada sam sobie. Konieczne są jego przemiany mentalne oraz świadomość, że przedsiębiorców nikt nie wyręczy, chociaż bardzo przydaje im się wsparcie finansowe i pomoc polskich placówek. Wprowadzeniem do dyskusji była prezentacja przygotowana przez Deloitte Business Consulting, którą przedstawił członek zarządu Rafał Antczak. Komentując problem, podkreślił, że biznes musi wystrzegać się popełniania błędów, a niestety wciąż trafiają się inwestycje i transakcje bardzo źle przygotowane.
Deloitte zawsze ocenia ryzyko i w obecnej sytuacji na przykład odradza, zwłaszcza firmom małym, ekspansję na Wschód. Znacznie lepsze jest zmierzenie się z ostrą konkurencją jakościową, ale w bezpiecznych dla inwestycji i wymiany handlowej państwach Zachodu. Polska służba zagraniczna jest natomiast wciąż daleka od standardów krajów anglosaskich, gdzie w każdym MSZ naturalna jest równorzędność dwóch nóg — politycznej i ekonomicznej.
Tomasz Zaboklicki, twórca sukcesu Pesy Bydgoszcz, stwierdził, że hamulców i przeszkód nie należy demonizować. Przecież eksport zaczyna się w Polsce, bo najpierw trzeba zdobyć doświadczenie i osiągnąć wysoką jakość na rynku wewnętrznym. Niestety, fatalnie funkcjonuje u nas system zamówień publicznych, preferujący oferentów zagranicznych. Z jego doświadczeń producenta pojazdów szynowych wynika, że na cztery przetargi tylko jeden przebiega uczciwie, a trzy są… dedykowane. Dlatego trudno się dziwić, że potem np. w Niemczech badający referencje polskiej firmy pytają „Dlaczego nie jesteście dostawcami u siebie?”.
Zdarzają się także paradoksy — krajowi decydenci dziwią się po odkryciu polskich produktów doskonale sprawdzających się za granicą. Odnosząc się zaś do sprawności służb dyplomatycznych przyznał, że poznał np. sytuację, gdy ambasador z MSZ po prostu… nie lubił się z szefem placówki handlowo-inwestycyjnej, podległym Ministerstwu Gospodarki (obecnie Rozwoju) — co paraliżowało wsparcie dla eksporterów. Doświadczeniami afrykańskimi podzielił się Karol Zarajczyk, kontynuujący w Lublinie wielkie tradycje marki Ursus. Zwrócił uwagę, że w państwach Czarnego Lądu ważniejszy od jakości traktorów jest szeroki pakiet wsparcia finansowego.
Pomijając wątek wspierania… kieszeni decydentów, w taki system doskonale wpisują się ekspansywni Chińczycy i Hindusi. Dostarczają za państwowy kredyt ciągniki niskiej jakości, które szybko się rozlatują, kredyt nie jest spłacany — więc w rozliczeniu przejmują afrykańskie surowce. To czysty neokolonializm, bardzo utrudniający eksport dobrych traktorów z Polski. Dlatego dla Ursusa znowu bardzo ważny staje się rynek krajowy.
Jego szef potwierdził także bezzasadne preferencje dla dostawców zagranicznych. Na przykład nasze wojsko kupiło czterdzieści ciągników amerykańskich, nie militarnych, lecz do prac gospodarczych, chociaż polskie były lepsze. Optymizm do panelu starał się wnieść Marcin Piasecki, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR). To nowe narzędzie państwa, koordynujące wsparcie eksporterów rozproszone dotychczas w różnych instytucjach, takich jak Bank Gospodarstwa Krajowego, Agencja Rozwoju Przemysłu czy Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. PFR dopiero rozpoczął działalność, ale pierwsze opinie przedsiębiorców są pozytywne. Dostrzegają przede wszystkim efekt synergii czy przynajmniej niemarnotrawienia publicznych pieniędzy.
Działalność PFR oprócz wspierania finansowego polskich eksporterów powinna zmniejszać ryzyko, o którym wspominał ekspert Deloitte. Ostatnim wypowiadającym się panelistą był Adam Góral, twórca i prezes Asseco Poland, naszej największej firmy informatycznej. Właśnie on bardzo silnie zaakcentował konieczność przemian mentalnych polskiego biznesu i otwierania się na świat przede wszystkim w głowach. Do eksportowego sukcesu konieczne są innowacyjne pomysły oraz ciężka praca. Nie mamy szans w rywalizacji z potentatami dysponującymi wielomiliardowym kapitałem, ale nisze rynkowe są jak najbardziej osiągalne. Pomocowe inicjatywy służb państwowych są bardzo pożyteczne i pożądane, ale nic nie zastąpi kreatywności i ambicji samych przedsiębiorców.