Emigracyjny rentgen

Magister Kowalski nie znalazł ziemi obiecanej na Wyspach. Wiara w magię dyplomu okazała się płonna

Jechać na saksy czy nie jechać? Wiele osób odpowiedziało sobie na to pytanie twierdząco. O ile przez całe lata 90. na obczyźnie przebywało poniżej miliona rodaków, u progu XXI wieku ich liczba się podwoiła. Za chlebem ruszyli nie tylko ci, którym najtrudniej odnaleźć się nad Wisłą, a szczytem ich możliwości jest praca w budowlance i gastronomii. Na Zachód trafiło też wiele osób z dyplomem w kieszeni. Głównym kierunkiem wyjazdów Kowalskiego stały się Wyspy Brytyjskie — rezyduje tam blisko 650 tys. rodaków. To ich pod lupę wzięli naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego — Paweł Kaczmarczyk i Joanna Tyrowicz.

Kasa się nie zgadza

— Dzięki relatywnie licznym wyjazdom do Wielkiej Brytanii możliwe było zbadanie, jak duże korzyści w postaci wyższych zarobków odnieśli ci, którzy zdecydowali się wyjechać. Wydaje się, że nie były one wysokie — przyznaje współautorka badania.

Zaskakuje już pierwszy wniosek z badań — wykształcony emigrant na Wyspach ma w portfelu tyle, ile jego odpowiednik nad Wisłą. Wiara w magię dyplomu okazała się płonna. Żeby zarobić, nie trzeba było pokonywać tysięcy kilometrów — uważają eksperci.

— Osoby z wyższym wykształceniem, które wyemigrowały do Wielkiej Brytanii, w relacji do osób, które zostały w kraju i mają podobne wykształcenie, nie zyskały nic, jeśli chodzi o wysokość pensji — podkreśla Joanna Tyrowicz. Polski tytuł magistra nie dodaje zbyt dużo do brytyjskiej pensji.

— Polacy z wyższym wykształceniem zarabiają przeciętnie tyle, ile Brytyjczycy ze średnim — wyjaśniają autorzy.

Różnica w płacy między absolwentem uczelni a ogólniaka w Polsce i na Wyspach jest podobna i wynosi około 20 proc. Skoro dane nie potwierdzają szczególnie wielkich korzyści z emigracji, pojawia się pytanie, czy wyjazd był błędem, a trzymanie się brytyjskiej ziemi ma sens. Naukowcy z UW i na to znaleźli odpowiedź.

— Choć różnica w wynagrodzeniach w deklaracjach wielu osób jest najważniejszym bodźcem do wyjazdu, nie płace wydają się głównym motorem tego konkretnego strumienia migracyjnego. Nawet dzisiejsze niższe niż „wypada” wynagrodzenie na emigracji może być po prostu inwestycją w przyszłe dochody — uważa Joanna Tyrowicz.

Zaznacza, że trudno zgromadzić dobre dane na temat możliwości rozwoju w danym zawodzie w Polsce w porównaniu z Wielką Brytanią.

— Ponadto istotną rolę mogą też odgrywać inne aspekty związane z różnicami w polityce mieszkaniowej, edukacyjnej i świadczeniowo-podatkowej — podkreślają autorzy.

Słowa, nie czyny

Zdaniem ekspertki NBP, nie można poważnie traktować deklaracji o oczekiwaniach płacowych polskich emigrantów. Według deklaracji zebranych w badaniach NBP, wyszło, że Kowalskiego znad Tamizy nad Wisłę sprowadziłoby około 5 tys. zł na rękę. Taka motywacja nie przekonuje Joanny Tyrowicz.

— Interpretowanie tych liczb wprost jest absurdalne, na co wskazuje cała seria badań. Jeśli popatrzymy na tradycyjną migrację z wielu państw Afryki do Wielkiej Brytanii, ankietowani co roku jak jeden mąż odpowiadają, że chcą wrócić w ciągu kilku miesięcy… od ponad 20 lat. Pytanie emigrantów o powroty to jedynie pytanie o intencje, daleko przesunięte w czasie i na bardzo niedookreślonej przestrzeni faktycznie dokonywanych w przyszłości wyborów — wyjaśnia pracownica UW.

Bo nawet jeśli Kowalski wróci do domu, to niekoniecznie po to, żeby zapuścić korzenie. Z szacunków ekspertów dotyczących migracji powrotnych w latach 2008-11 wynika, że wróciło od 23 do 32 proc. ogółu przebywających czasowo poza krajem. Nie zagrzali jednak zbyt długo miejsca nad Wisłą i zdecydowana większość szuka ponownie szczęścia gdzie indziej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski

Polecane