„Puls Biznesu”: Skąd poprawa nastrojów na rynkach finansowych?
John Hardy: Inwestorzy czekali na kolejne negatywne informacje. Dlatego reakcja na wynik spotkania kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy’ego była tak euforyczna. Rynek potraktował to jak konferencję w Jackson Hole przed rokiem.
Wtedy Ben Bernanke zapowiedział złagodzenie polityki pieniężnej. Dzisiejszy plan dokapitalizowania europejskich banków oznacza formę podobnego programu.
Trzeba przyznać, że liderzy wykazali więcej zaangażowania w walce z kryzysem niż do tej pory. Zmusiła ich do tego konieczność ogłoszenia niewypłacalności Grecji, której muszą towarzyszyć nadzwyczajne działania. To jednak nie oznacza, że pozytywna reakcja rynku jest słuszna. Prawdziwym rozwiązaniem kryzysu byłaby zgoda na stworzenie wspólnych obligacji strefy euro.
Czy to oznacza, że jest zbyt wcześnie, by obwieścić początek nowej hossy?
Przez ostatnie dwa-trzy lata rządy interweniowały, jednak nie zrobiono nic, by faktycznie rozwiązać problem nadmiernego zadłużenia. W dłuższym terminie interwencje tylko pogarszają sprawę.
Przygotować podstawy pod trwały rozwój gospodarczy może dopiero kryzys, którego oznaki już obserwujemy. To jednak nie oznacza, że na rynku akcji nastąpi krach. W rzeczywistości akcje spółek dywidendowych czy akcje z rynku amerykańskiego są bardzo atrakcyjnie wyceniane.
Dobre perspektywy ma złoto, a przemawia za tym chęć osłabienia swoich walut przez większość rządów. Fatalne są natomiast perspektywy euro, które osłabi dodruk pieniądza na pokrycie strat z obligacji, co powinno dodatkowo wzmacniać dolara. Na koniec roku za euro powinno się płacić 1,28 USD, a za 12 miesięcy, nawet 1,20 USD. Jednak najgorszą możliwą inwestycją są obligacje. Obecne historycznie niskie rentowności obligacji nie oznaczają nic innego jak tylko pełzającą konfiskatę oszczędności gospodarstw domowych.
Jakie są perspektywy złotego i GPW?
Polska gospodarka jest uzależniona od przepływów międzynarodowego kapitału. Dlatego wciąż jest wiele powodów do obaw. Niepokoją deficyt na rachunku bieżącym i dziura budżetowa. Sytuacja jest trudniejsza niż położenie Czech, lepsza natomiast niż na Węgrzech. W ciągu sześciu miesięcy kurs euro może wzrosnąć do 4,75 zł. To umożliwi dostosowanie się gospodarki do trudniejszych warunków. Poprawi konkurencyjność eksporterów, na których produkty będzie mniejsze zapotrzebowanie za granicą. Akcje też mają jeszcze potencjał spadkowy.