Euro tańczy, jak mu zagra dolar

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-07-05 00:00

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w nieustannie toczącym się meczu Ameryka — Europa, Stary Kontynent obsadzany jest najczęściej w roli statysty. I nie zmieni tego nawet dziesięć strategii lizbońskich i wszystkich możliwych innych, z ich nowymi otwarciami.

Do takiej konstatacji zmusza obserwacja fluktuacji parytetu wymiany dolara i euro, które przecież miało stać się konkurencją dla dominującej na świecie waluty amerykańskiej. Pomijając już rozczarowanie walutą europejską w wielu stolicach Unii, z kuriozalnymi pomysłami o przywracaniu walut narodowych, ma się nieodparte wrażenie, iż parytet ten jest wręcz dowolnie kształtowany przez Alana Greenspana i jego kolegów. Poprzez aktywną politykę monetarną, reagowanie na najdrobniejsze nawet zjawiska, osiągają efekt osłabienia bądź umocnienia swojej waluty zależnie od... potrzeb gospodarki amerykańskiej. Elastyczność Zarządu Rezerwy Federalnej musi budzić podziw, a wobec nieruchawości Europejskiego Banku Centralnego i jego ultrakonserwatywnej polityki monetarnej sprawia wrażenie zupełnie innej bajki.

I tej generalnej oceny nie zmienia fakt, że gospodarka amerykańska, dzięki swojemu systemowi regulacyjnemu, jest znacznie bardziej elastyczna, sterowna, szybciej i płynniej reaguje na bodźce zewnętrzne. To tak jak z Titanikiem — gdyby miał lepszy ster, i przy okazji kapitana — sternika, do dzisiaj, no może nie pływałby szczęśliwie po morzach i oceanach, ale cieszył oczy w którymś z morskich muzeów.

Dzisiaj dolar, po zakręceniu wielkiej pętli, znowu jest w okolicach parytetu (1,19 dolara za euro) z momentu, kiedy wspólna waluta europejska wchodziła na rynek. Widocznie to się Amerykanom, w tym momencie, opłaca.