Euro w kieszeni a sprawa polska

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2002-01-11 00:00

Zaledwie od kilku dni w 12 krajach Eurolandu obowiązuje euro, a już wielu wręcz nie wyobraża sobie bez niego życia. To znaczy, w ogóle trudno wyobrazić sobie życie bez pieniędzy, chociaż takie próby czyniono już wielokrotnie, szczególnie w „ustroju powszechnej szczęśliwości”, a obecnie na wschód od Polski. Próby o tyle skuteczne, że bezalternatywne, przeniknęły nawet do świadomości dzieci. Wiele lat temu, w cyklu audycji radiowych, w których przedszkolaki zabierały głos na różne ważne tematy, miałem okazję wysłuchać dyskusji o przydatności pieniędzy w życiu. Poglądy, jak zwykle, były zróżnicowane, ale głównymi antagonistami byli Kasia i Pawełek. Kasia twierdziła, że pieniądze nie są niezbędne, a jej ostatecznym argumentem, który miał powalić adwersarza na kolana, było to, że przecież każdy może sobie wziąć coś, co wyprodukował i mieć, a najwyżej się z kimś zamienić. Nawet przez radio było słychać, że to ostatecznie wyprowadziło Pawełka z równowagi. Wkrótce okazało się dlaczego, gdy rzekł: Tak, a mój tata produkuje tramwaje, to co, tramwaj do domu przyniesie?

By więc nikogo nie zmuszać do noszenia tramwajów do domu dzieci zgodziły się, że pieniądze są potrzebne. Tak i teraz mieszkańcy najróżniejszych krajów Europy zaczynają dostrzegać, że co prawda od wprowadzenia euro nic nikomu nie przybyło, nikt nie stał się bogatszy (ale biedniejszy też nie), że, co prawda, zapewnień polityków jakoby wprowadzenie euro przyczynić się miało do umocnienia pokoju w Europie i na świecie to już zupełnie nie sposób zrozumieć (bo co ma piernik do wiatraka), ale... To jest zwyczajnie wygodniejsze.

Podczas podróży nie trzeba mieć kilku przegródek w portfelu, łatwiej przeliczyć, czy kosmetyki lepiej kupić na lotnisku w Paryżu, czy może w Brukseli, gdzie taniej można spędzić weekend. Po zaledwie kilku dniach 90 proc. klientów w całym Eurolandzie posługuje się nową, wspólną walutą. I oprócz tu i ówdzie odzywających się resentymentów, nikt praktycznie nie ma wątpliwości. Więcej, nawet kraje, które utrzymały swoje waluty, uczą się żyć z euro. W szwajcarskich bankomatach można pobierać nową walutę, pragmatyczni Skandynawowie, Duńczycy i Szwedzi też już przygotowują się do wstąpienia do tego klubu. Jedynie Brytyjczycy, mający jeszcze w pamięci czasy imperium, nad którym „słońce nigdy nie zachodzi”, pozostają nieugięci. Ale to ich problem, po prostu widocznie u nich ten proces dostosowawczy musi dłużej potrwać.

Myślę, że odrobina tego pragmatyzmu przeciętnego obywatela Eurolandu szczególnie dobrze zrobiłaby niektórym naszym eurosceptykom, a zwłaszcza zwolennikom najnowszego pomysłu szybkiego referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii. Pragmatyzmu, rozsądku i trochę wstydu, bo nawet w parlamencie nie godzi się mówić niektórych rzeczy. Wyborcom, również polskim, te cechy nie są obce.

czytaj także na str. 42