Eurokraci wybrali najgorszy termin

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-04-08 00:00

Unia - Ukraina

Po wielu miesiącach ukraińskiego dramatu, po podpisaniu przez Unię Europejską łatwiejszej części umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą eurokraci wreszcie głośno i dobitnie obwieścili, że nasza siostrzyca ze współorganizacji EURO 2012 nie dojrzała jeszcze do przystąpienia do wspólnoty. Jednobrzmiąco wypowiedzieli się kończący dziesięcioletnie trzymanie unijnych sterów — przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso oraz fiński komisarz Olli Rehn, obecnie prowadzący sprawy gospodarcze i walutowe, a w poprzedniej kadencji — rozszerzeniowe. Notabene obaj nieprzypadkowo uczynili to w wypowiedziach dla prasy niemieckiej.

Właściwie nie powiedzieli niczego nowego czy szokującego. Jeszcze przed nieudanym szczytem w Wilnie oraz później, w kolejnych fazach tragedii kijowskiego Majdanu, przypominałem na tych łamach z pięć razy, że umowa stowarzyszeniowa nie zawiera klauzuli o perspektywie członkostwa Ukrainy. Jest to ogromny kontrast np. wobec analogicznej umowy UE z Polską, gdzie od razu w 1991 r. taki niekwestionowany cel został zapisany. Cały projekt partnerstwa wschodniego, zorientowany na sześć poradzieckich republik, zakłada stworzenie przez UE na styku z Rosją buforowego pasa, będącego głównie wielkim rynkiem zbytu.

Kontrastuje to z naiwnymi nadziejami, które wyraził przewodzący w ukraińskich sondażach wyborczych Petro Poroszenko. Hipotetyczny prezydent widzi dla akcesji swojego kraju perspektywę 10-11 lat. Cóż, Polska czekała 13, i realnie okazało się to wcale niedługo, a na przykład Turcja przebiera nogami od dziesięcioleci… Takie są twarde realia, których nie przeskoczy polityczne chciejstwo. Ale termin przypomnienia gorzkiej prawdy, akurat wtedy, gdy Ukraina jest krojona od wschodu po plasterku przez Rosję, dygnitarze z Brukseli wybrali jak najgorszy.