Kolejna, już w składzie odnowionym 6-9 czerwca 2024 r. wyznaczona została przez skład odchodzący dopiero na 16-19 lipca. Zdumiewa, że w tegorocznym kalendarzu PE zaplanowano jedynie 11 dużych sesji w Strasburgu, albowiem Francja bezwzględnie pilnuje – ze względu na komercyjne korzyści tego miasta – traktatowej liczby 12. W 2012 r. w słynnej, precedensowej sprawie Francja vs PE przed Trybunałem Sprawiedliwości UE skarżące państwo wygrało i od tej pory konieczność wędrowania bardzo kosztownej karawany PE z Brukseli do Strasburga 12 razy stała się już bezdyskusyjna. W tym roku jednak awantury o brakującą sesję jakoś nie słychać. Jeszcze bardziej zdumiewa, że z kalendarza wypadła… pierwsza sesja lipcowa. Kadencje od lat startowały w ten sposób, że po wyborach w pierwszych dniach lipca najpierw układał się funkcyjnie sam PE, zaś dwa tygodnie później na kolejnej sesji podejmowana była decyzja kadrowa o strategicznym znaczeniu – wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej (KE), czyli szefa wspólnotowego rządu. Na przykład w 2019 r. datami obu takich sesji były: 2-4 lipca oraz 15-18 lipca. Na tej drugiej Ursula von der Leyen została zatwierdzona na szefową KE stosunkiem 383:327, przy 22 eurodeputowanych wstrzymujących się oraz 19 niegłosujących. Absurdalnością tamtego głosowania był udział i wpływ na wynik Brytyjczyków, którzy byli już spakowani i pół roku później ich mandaty się zdezaktualizowały.
Przypominam obsadzenie szefa rządu UE w kontekście wątku wyborczego, albowiem oba się zazębiają. Jak przed każdymi wyborami naturalnie rośnie euronerwówka. Od pierwszych bezpośrednich wyborów do PE w 1979 r. (jeszcze w epoce Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej) lejce trzymają dwie partyjne międzynarodówki: chadecka Europejska Partia Ludowa oraz Socjaliści i Demokraci. Trzecią siłą na podium są liberałowie, których w upływającej kadencji prezydent Emmanuel Macron zebrał pod szyldem Odnowa Europy. W tych środowiskach narasta groza, że 6-9 czerwca znacznie większy będzie urobek sił skrajnych, zarówno z prawa jak też z lewa. Pięć lat temu sondaże wieszczyły podobnie, potem w urnach okazało się zwyczajnie, chociaż zjawisko topnienia w PE grup rządzących rzeczywiście postępuje. Notabene gdyby Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – wśród których pierwsze skrzypce grają europosłowie PiS – zjednoczyli się z uniosceptyczną grupą Tożsamość i Demokracja, to stworzyliby siłę aspirującą do podium. W kończącej się kadencji obie grupy były jednak wzajemnie zbyt skłócone i raczej nie zanosi się na zmianę ich relacji.
Międzynarodówka chadecka oficjalnie wystawiła prawie 66-letnią Ursulę von der Leyen ponownie na stanowisko przewodniczącej KE. Już teraz jednak wiadomo, że będą z jej reelekcją duże problemy. Pięć lat temu była niemiecka minister obrony została całkowicie zaskakująco wyjęta przez kanclerz Angelę Merkel niczym króliczka z kapelusza. Smakiem musiał obejść się jej partyjny kolega Manfred Weber, forsowany jako tzw. Spitzenkandidat, czyli główny lub wiodący. Koncepcja lidera zgłoszonego znacznie wcześniej bardzo dobrze sprawdziła się w 2014 r., gdy luksemburski premier Jean Claude Juncker nie miał żadnego rywala i objęcie przez niego steru KE było oczywistością. Wypada jeszcze przypomnieć dualistyczny przypadek José Manuela Barroso, premiera portugalskiego, który w 2004 r. został przewodniczącym KE tak zaskakująco, jak potem Ursula von der Leyen, ale w 2009 r. reelekcję uzyskał już jako pewniak. Na niecałe dwa miesiące przed eurowyborami trudno byloby stawiać pieniądze, którą ścieżką wybór szefa KE pójdzie obecnie. Podstawą będzie naturalnie skład PE, ale na poziomie unijnym nie istnieje tak prosta zależność rządu od parlamentu, jak w relacjach krajowych.
