Europa musi coś zrobić z Grecją

Marek Rogalski
opublikowano: 2010-02-26 00:00

Wkrótce miną trzy miesiące od chwili, kiedy greckie problemy po raz pierwszy trafiły na czołówki informacyjnych agencji. Od tego czasu notowania euro w relacji do dolara spadły o ponad 10 procent. Przecena EUR/USD miała również inne powody, chociaż ten grecki rzeczywiście dominuje.

Można powiedzieć, że dzięki zawirowaniom zyskuje złoty i będzie w tym część prawdy. Zagraniczni inwestorzy zaczęli doceniać kraje, które są w stanie wykazać się lepszymi perspektywami gospodarczymi, nie są nadmiernie zadłużone, a ich rządy maja pomysł ograniczenia deficytu. Złoty nie poddał się styczniowym spadkom na giełdach i w ograniczonym stopniu reagował na umocnienie dolara.

Ostatnio autorytety świata finansów (m.in. George Soros) wskazują, że Europa staje przed największym wyzwaniem w swojej historii — utrzymania swojej waluty. Grecja to tylko część problemów, gdyż inwestorzy coraz częściej używają niefortunnego określenia "PIIGS", które wskazuje także inne potencjalne miejsca problemów na mapie Eurolandu. Przede wszystkim ujawnia się jednak strukturalna słabość Unii, brak mechanizmów, które można szybko zastosować w momencie kryzysu.

Polityczni decydenci nie przewidzieli (choć powinni), że ekonomiczny model wspólnej waluty będzie wymuszał bolesne dostosowania u członków, którzy wpadną w poważne tarapaty (powolna deflacja). Na razie jednak nie potrafią nawet uchwalić planu finansowych gwarancji dla Grecji, który częściowo uspokoiłby nastroje. Jednocześnie wzbraniają się przed możliwą interwencją Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która byłaby policzkiem dla unijnych instytucji. Z tego pata trzeba jednak wybrnąć. Pozostawienie Grecji samej sobie może rzeczywiście doprowadzić do sytuacji, w której za jakiś czas, może dopiero za kilka lat, opuści ona strefę euro, a sam Euroland przekształci się w strefę dwóch prędkości.