W czwartek rozpoczyna się w Brukseli kolejny, tym razem planowy, szczyt Rady Europejskiej (RE), czyli zbiórka prezydentów i premierów. W środę natomiast Parlament Europejski (PE) wymierzył ze Strasburga władcom unijnych państw zbiorowy policzek — uchwalił rezolucję odrzucającą w pierwszym kroku kompromis z 8 lutego w sprawie ram finansowych 2014–20, którym tak pysznili się rządzący, w tym bodaj najgłośniej premier Donald Tusk. Nie jest to finalna decyzja PE, lecz dopiero początek procesu uzgodnień, który powinien skończyć się do wakacji.
Rezolucja przeszła miażdżąco 506:161, przy 23 głosach wstrzymujących się. Zawiera kluczowe zdanie „odrzuca porozumienie w obecnym kształcie”, co spowodowało, że 29-osobowa ekipa PO i PSL (łącznie mamy 51 euromandatów) głosowała przeciwko rezolucji. Arytmetyczny wynik to klęska naszej koalicji rządowej, należącej w PE do największej grupy Europejskiej Partii Ludowej. Jeszcze we wtorek wieczorem europosłowie PO nadawali ze Strasburga, że cała grupa, skupiająca 270 deputowanych, jednolicie przemówi polskim głosem i zacytowane zdanie nie przejdzie...
Traktat z Lizbony umocował PE jako rzeczywisty organ decyzyjny. Deputowani odreagowują wieloletni kompleks traktowania ich i przez przywódców państw, i przez Komisję Europejską jako forum dyskusyjno- -towarzyskiego. Dlatego rezolucja o negatywnym wydźwięku na początek negocjacji była powszechnie spodziewana. Ale zawsze trzeba pamiętać, że szczyt RE gromadzi płatników, a PE zajmuje się wyłącznie stroną wydatkową, czyli rozdawnictwem miliardów. Dlatego tak naprawdę może jedynie tupnąć nogą, a końcowa akceptacja dla budżetu, po poprawieniu jego błędów strukturalnych, jest oczywistością. Ale wczorajszej politycznej radochy nikt europosłom nie odbierze…