Te głosy dotyczą głównie Niemiec, ale też strefy euro i całej Unii Europejskiej. Czy są to słuszne ostrzeżenia? Raczej nie. Postaram się krótko wyjaśnić, dlaczego inaczej patrzę na ten problem.
Kasandrycznych wizji dotyczących przyszłości europejskiej gospodarki wysypało się ostatnio bez liku. Na przykład Robin Brooks, analityk think-tanku Institute of International Finance, napisał: „Inwazja Rosji na Ukrainę to wstrząs sejsmiczny dla strefy euro, ponieważ duża część europejskiego modelu wzrostu gospodarczego opierała się na taniej rosyjskiej energii. To już się skończyło. Nadchodzi recesja i strukturalne spowolnienie”. Dziennik „The Times” wołał: „Zakłócenia w łańcuchu dostaw i wojna w Ukrainie sprawiły, że niemiecki model wzrostu jest w strzępach”. Z kolei tygodnik „New Statesman” tak zatytułował jeden z artykułów: „Niemiecki model gospodarczy się wykoleił”.

Warto zwrócić uwagę, jak często pisze się nie tyle o recesji, co załamaniu modelu rozwoju – czyli nie chodzi o przejściowy spadek dochodów, ale rzekomy początek nowej, gorszej ery.
Żeby zrozumieć problem, ważne jest rozróżnienie dwóch nieco innych zjawisk, które może ze sobą nieść kryzys gospodarczy. Recesja może oznaczać redukcję dochodów. Może też jednak oznaczać trwałą redukcję tempa rozwoju. To są inne zjawiska. W pierwszym przypadku stajemy się ubożsi, ale rozwijamy się później w podobnym tempie, co w przeszłości. W drugim przypadku jesteśmy nie tylko ubożsi, ale też coraz bardziej oddalamy się od ścieżki status quo, którą byśmy podążali bez kryzysu. Gdy ktoś mówi o załamaniu modelu rozwoju, to raczej ma na myśli ten drugi, gorszy scenariusz.
Kraje wysoko rozwinięte są nieco mniej podatne na trwałą redukcję tempa rozwoju niż kraje nisko lub średnio rozwinięte. Spójrzmy na poprzedni wielki kryzys energetyczny z lat 70., kiedy ceny ropy wzrosły najpierw o 400 proc. (1973 r.), a później o 200 proc. (1979 r.). Te dwa kryzysy wywołały falę inflacji i podwyżek stóp procentowych, które cały świat pchnęły w stagnację lub recesję. Kraje rozwinięte wróciły jednak później do tempa wzrostu sprzed kryzysu, natomiast pozostałe kraje - nie. Na rynkach wschodzących rozpoczęła się długotrwała stagnacja wywołana trwałą inflacją i falami bankructw państw, czego doświadczyliśmy też w Polsce.
Dlaczego kraje rozwinięte są bardziej odporne na trwałą redukcję tempa wzrostu? Ponieważ są bardziej zróżnicowane. Gdy jeden sektor znajduje się w kryzysie, inny może się rozwinąć. Kraje rozwinięte rzadko są monokulturą gospodarczą, opartą na jednym specyficznym sektorze. W ich przypadku trudno w ogóle mówić o czymś takim, jak model rozwojowy, czyli specyficzny sposób rozwoju oparty na sektorze lub konkretnym miejscu w międzynarodowym systemie produkcji. Są to kraje znajdujące się na froncie technologicznym, w których powstają przełomowe technologie nadające kierunek wszystkim branżom. Oczywiście zdarzają się kryzysy, które są w stanie zablokować rozwój krajów rozwiniętych. Tak było z wielkim kryzysem finansowym z 2008 roku, który wielu krajom przyniósł trwałe spowolnienie tempa rozwoju (np. w Wielkiej Brytanii, krajach Europy Południowej). Ale generalnie krajom bardziej rozwiniętym jest łatwiej przejść przez turbulencje.
Inny powód odporności krajów rozwiniętych na duże wstrząsy to stabilność makroekonomiczna. Są to zwykle kraje zdolne do kontrolowania stabilności pieniądza, utrzymujące reguły gry nawet w warunkach dużych wstrząsów.
Dlatego gdy ktoś pisze, że europejska gospodarka była oparta na taniej energii i eksporcie przemysłowym, nie jest to – jak sądzę – właściwy opis procesów rozwojowych. Pomijam nawet fakt, że energia od dawna była w Europie droższa niż w Stanach Zjednoczonych. Kraje UE mają bardzo zróżnicowane gospodarki, duże zasoby technologiczne, w miarę stabilne instytucje, rozwinięte rynki finansowe i są w stanie dostosować się do wstrząsu energetycznego.
Krajom nisko i średnio rozwiniętym jest, niestety, trudniej. Są mniej zdywersyfikowane, często mają monokulturę przemysłową, są też bardzo wrażliwe na wstrząsy makroekonomiczne, łatwiej im utracić kontrolę nad pieniądzem i trudniej uruchomić mechanizmy realokacji kapitału do nowych branż.
Pytanie, gdzie znajduje się Polska? Jak sobie poradzimy? Jesteśmy krajem na granicy, między krajami rozwiniętymi a rynkami wschodzącymi. Mamy silne punkty. Na przykład: dość zdywersyfikowaną gospodarkę z mocnym sektorem przemysłowym, ale też silnym sektorem usług i w miarę rozwiniętym rynkiem finansowym. Słabym punktem może być stabilność makroekonomiczna. Dlatego tak ważne jest, by jej nie utracić.
