Eurowybory to test dla polityki miłości

Jacek Zalewski
opublikowano: 20-04-2009, 00:00

Z przytupem wystartowała kampania wyborcza do Parlamentu Europej- skiego. Oprócz eskalacji politycznych obelg, na razie jedynym konkretem jest sondaż przewidujący frekwencję około… 13 procent. W niedzielę 7 czerwca aż tak mało nie będzie, ale nędzna frekwencja 25-procentowa jest realna. Partie już to przyjęły do wiadomości i usiłują sprawić cuda, by do urn poszedł elektorat "właściwy" — przy czym każda ową właściwość widzi inaczej. Na przykład okoliczność, że generalnie nie zagłosuje wieś, raduje Platformę Obywatelską, dziwnie nie martwi Polskiego Stronnictwa Ludowego, powoduje zaś zgryzotę Prawa i Sprawiedliwości.

Sondaże przewidują, że z 50 euromandatów PO może zdobyć nawet 25, a PiS około 17 — czyli dla SLD i PSL zostałyby okruchy. W tym kontekście nowatorsko zabrzmiała mi teza, którą w sobotę usłyszałem z ust Adama Bielana, będącego mózgiem kampanii PiS. Otóż w interesie Polski leży zdobycie przez PO jak najmniej mandatów, bo byłby to dla Donalda Tuska sygnał, żeby wreszcie wziąć się do roboty. Sukces zaś będzie oznaczał, że premierowi nadal opłaci się nie robić nic, by z nieobciążoną hipoteką dotrwać do wyborów prezydenckich w 2010 r. Teza Bielana nosi wyborcze skażenie, jednak z drugiej strony — jeśli 500-dniowy dorobek rządu przepuściłoby się przez apolityczną wyżymaczkę, to suchego naprawdę zostałoby niewiele.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu