Firmy paliwowe wraz ze spółkami wydobywczymi znaczą już więcej niż spółki
finansowe. Tego dylematu wczoraj nie udało się rozwiązać. Notowania niewiele się
zmieniły. Widoczna była ulga z powodu niższych cen paliw. Przyćmiła ona nawet
niekorzystne wiadomości makroekonomiczne. Stało się tak pewnie dlatego, że nie
wniosły one nic nowego do obrazu gospodarki amerykańskiej. To, że na rynku
nieruchomości jest wciąż słabo, widzieliśmy już wcześniej, choćby po
informacjach z rynku wtórnego. Także nastroje konsumentów fatalne były już
wcześniej. Takie dane jak wczorajsze przypominają o kolejnym dylemacie, który
może się rodzic. Czy to, że jest tak źle, oznacza brak poprawy, którą inwestorzy
zakładali podnosząc notowania na giełdzie przez ostatnie dwa miesiące i w
efekcie skłania do weryfikowania tych decyzji i pozbywania się akcji. Czy może
jednak zła sytuacja na rynku nieruchomości, w zakresie nastrojów konsumentów,
daje nadzieje na jej poprawę na zasadzie, że gorzej już być nie może. Ten drugi
schemat obserwowaliśmy w lutym i marcu, kiedy rzeczywiście nastroje inwestorów
były fatalne, co sygnalizowała choćby rzadko spotykana przewaga niedźwiedzi nad
bykami w ankiecie Investors Intelligence. Teraz jednak to optymistów jest
więcej, co sugeruje, że na rynku nie ma już tak dużej tolerancji dla
niekorzystnych zjawisk. Zresztą potwierdziło się to w minionym tygodniu, kiedy
drożejąca ropa wywołała zniżki na parkietach. Inwestorzy zakładają w obecnych
kursach poprawę koniunktury i wszelkie sygnały zaciemniające taką perspektywę są
źle odbierane.
Nic więc dziwnego, że pojawiają się takie opinie jak
strategów Morgan Stanley. Są przekonani, że bessa na Starym Kontynencie potrwa
jeszcze od pół roku do roku, a superpesymistyczny scenariusz oparty na
pojawieniu się stagflacji (niskiego tempa wzrostu gospodarczego przy wysokiej
inflacji) wart jest rozważenia. Swoje oczekiwania opierają na trwającym kryzysie
na rynku nieruchomości, kłopotach rynku kredytowego, problemach z inflacją oraz
wysokimi cenami ropy naftowej. W perspektywę nakreśloną przez Morgana Stanleya
wpisują się osiągnięcia europejskich spółek w I kwartale, które okazały się
znacznie gorsze od amerykańskich. Zyski spadły o jedną czwartą, czyli o prawie 8
pkt proc. bardziej niż w USA. 57% spółek przedstawiło rezultaty gorsze od
spodziewanych. Widać tu przełożenie wysokiego kursu euro, amerykańskiego
spowolnienia oraz utrzymywania stóp procentowych w strefie euro na niezmienionym
poziomie. Równocześnie jednak pojawiają się ostrzegawcze opinie odnośnie do
prognoz wyników amerykańskich firm. Zwrócili na to uwagę zarówno specjaliści
UBS, jak i Citigroup. Pierwsi obniżyli prognozy zysków na ten rok, drudzy
wskazali, że rynki nie są przygotowane na rewizje w dół szacunków wyników na
kolejne kwartały.
Warto jeszcze odnotować wzrost rentowności
obligacji w USA wczoraj mimo spadających cen ropy naftowej. To pokazuje, jak
bardzo inwestorzy obawiają się inflacji. Pojedynczy spadek notowań ropy nie jest
w tym względzie wiele zmienić.
Katarzyna
Siwek
Expander
Expander: Tańsze paliwa dobre czy złe
Przed inwestorami zarysował się we wtorek dylemat, którego można było się spodziewać. Jak traktować spadek ceny ropy naftowej. Jako pozytywny znak, sprzyjający ograniczeniu presji inflacyjnej w przyszłości i zmniejszający obawy o dalsze pogorszenie kondycji konsumentów, czy też jako sygnał obaw przed spowolnieniem światowej gospodarki i zagrożenie dla kursów spółek paliwowych, które w wyniku tegorocznego wzrostu przy jednoczesnej przecenie w sektorze finansowym zyskały znacznie większy wpływ na bieg zdarzeń na giełdach.