Zapowiedziana kilka dni temu godzina policyjna w sylwestrową noc to dla polskich producentów i dystrybutorów fajerwerków powód do obaw. Drastyczne ograniczenia imprez już spowodowały, że część firm z tej branży spisała ten rok na straty. Teraz liczą na „łagodny wymiar kary”. I wciąż mają nadzieję.

- W Stanach Zjednoczonych, w których latem obowiązywał zakaz zgromadzeń i nie można było 4 lipca organizować publicznych imprez, znacząco wzrosła w tym okresie sprzedaż detaliczna fajerwerków. Mam nadzieję, że u nas będzie podobnie – mówi Ireneusz Patynowski, prezes firmy Piromax Distribution.
Co nam wolno
Według niego w tym roku w sylwestra przed godziną 19.00 (od której ma obowiązywać godzina policyjna) będzie sporo czasu na to, aby „postrzelać”. Podobnie jak kolejnego dnia od rana.
- Zresztą zakaz ma dotyczyć przemieszczania się, więc moim zdaniem kwestionowanie legalności wyjścia przed dom w celu odpalenia fajerwerków byłoby nadużyciem – mówi Ireneusz Patynowski
To jednak wcale nie jest takie pewne. Zapytaliśmy w biurze prasowym Komendy Główne Policji, czy w czasie obowiązywania zapowiedzianej przez rząd na sylwestra godziny policyjnej będzie można legalne wyjść np. na chodnik przy ulicy, by odpalić fajerwerki. Podkomisarz Michał Gaweł poradził nam w odpowiedzi, by z tym pytaniem zwrócić się do „autora przepisów, które będą wprowadzały zapowiedziane obostrzenia w tym okresie”. Jednak rozporządzenia dotyczącego wprowadzanych obostrzeń wciąż nie ma.
Szef firmy Piromax Distribution przypomina, że na własnym terenie fajerwerki można odpalać cały rok, a 31 grudnia i 1 stycznia dodatkowo także w przestrzeni publicznej.
Polskie firmy z reguły projektują fajerwerki, jednak zlecają produkcję podmiotom azjatyckim. Aby być gotowym do sezonu, trzeba to zrobić z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, choć normalny cykl trwa 1-1,5 roku.
- Zamówienia robiliśmy na samym początku pandemii, kiedy nikt jeszcze nie wiedział, co będzie się działo pod koniec roku – wyjaśnia Ireneusz Patynowski.
Kosztowne magazyny
Jego firma uznała, że sezon może wypaść w okresie drugiej koronawirusowej fali - o czym już wiosną zaczęli mówić epidemiolodzy – i zamówiła mniej produktów niż rok wcześniej. Ważny był też dobór fajerwerków. Największy nacisk położyła na te mniejsze, przeznaczone na rynek detaliczny, a nie na potrzeby dużych publicznych pokazów.
Chodziło również o to, by – w razie lockdownu - można było sprowadzoną do kraju pirotechnikę przechować. Fajerwerki mają długi, nawet 10-letni okres przydatności. Wymagają jednak przechowywania w specjalnych warunkach, zgodnych z międzynarodowymi normami ADR (dotyczą one klasyfikacji bezpieczeństwa składowania i przewożenia produktów, nie tylko fajerwerków, ale także opon, czy dezodorantów w sprayu). Jak szacuje Ireneusz Patynowski koszty są około dwa razy wyższe od kosztów magazynowania innych produktów.
- Szacowaliśmy, że tegoroczny spadek sprzedaży może sięgnąć 30 proc. To wcale nie był czarny scenariusz i najwyraźniej się ziścił – podsumowuje szef Piromax Distribution.
Jednak nie wszystkie firmy z tego sektora są w podobnej sytuacji. Detaliści, którzy zaopatrzyli się w fajerwerki we wrześniu lub październiku, po to aby tuż przed sylwestrem wystawić je na sprzedaż, wciąż nie wiedzą, jakie zasady będą obowiązywać.
- Zauważyliśmy, że w czasie niepewności dotyczącej przepisów i obostrzeń administracyjnych konsumenci zmienili swoje zachowania. Ponieważ nie wiedzą, kiedy sklepy będą otwarte, a kiedy zamknięte, zaczęli z większym wyprzedzeniem składać zamówienia. Podobnie zresztą było z choinkami – mówi Ireneusz Patynowski
W jeszcze gorszym położeniu są przedsiębiorstwa, które specjalizują się w przygotowywaniu publicznych pokazów pirotechnicznych i stanowi to podstawowe źródło ich przychodów.
- To de facto działalność eventowa, jednak ma inny numer PKD, przez co w rządowej tarczy dla tego sektora nie została uwzględniona i na pomoc nie może liczyć – zauważa prezes Piromax Distribution.
Odwołane fety
Pokazy, obsługa festiwali i innych imprez masowych to ponad połowa przychodów firmy Nakaja Art z Krakowa. Jak mówi jej szef Aleksander Wadoń w minionych latach było 100-150 tego typu kontraktów rocznie, w tym roku - ani jednego. Firma utrzymuje się więc teraz wyłącznie dzięki dystrybucji, która wcześniej stanowiła ok. 45 proc. przychodów. Aleksander Wadoń tym bardziej cieszy się, że zainteresowanie zaopatrujących się w jego firmie odbiorców hurtowych i detalicznych jest podobne jak w zeszłym roku.
- To pozwoliło nam utrzymać stan zatrudnienia i pewnie uda się zamknąć ten rok z dającą się jeszcze zaakceptować stratą – dodaje menedżer.
Również Pol-Expance spod Szczecina zajmuje się organizowaniem pokazów fajerwerków. Zazwyczaj firma miała ich 50-130 rocznie, teraz – tylko osiem.
- Mieliśmy na przykład umowy na obsługę 25 wesel. Odbyły się raptem trzy – mówi właściciel firmy, Krzysztof Kolasiński.
Jednak Pol-Expance to przede wszystkim duża hurtownia fajerwerków.
- Grudzień to dla nas czas żniw. W ciągu dosłownie trzech ostatnich dni roku zarabiamy na kolejne cztery-pięć miesięcy – mówi szef Pol-Expance’u.
Gros kosztów związanych z zaopatrzeniem sklepów, marketingiem i promocją firma już poniosła.
- Pracujemy na pełnych obrotach już od września. Trzeba przecież odpowiednio wcześnie zaopatrzyć handlowców. Druk gazetki promocyjnej, którą wydajemy w nakładzie 300 tys. egzemplarzy, trzeba zamówić z minimum miesięcznym wyprzedzeniem. Zapłaciliśmy już nawet za jej dystrybucję – wylicza Krzysztof Kolasiński.
Jednak wcale nie ma pewności, że popyt będzie wystarczający. Oczywiście nigdy nie jest tak dobrze, że da się sprzedać cały towar i co roku kilkanaście procent fajerwerków firma musi odebrać ze sklepów. Ma to jednak w liczone w swój biznesplan.
- Jeśli rząd swoimi obostrzeniami doprowadzi do tego, że będę musiał ściągnąć z powrotem z rynku 70-80 proc. towaru, to nie wiem, czym się to skończy. Nie wiem, czy przetrwam – mówi właściciel firmy Pol-Expance.