Fed może wskazać rynkom, czego mają się teraz obawiać

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2005-05-02 00:00

Stan amerykańskiej gospodarki może być taki, jakiego życzą sobie byki – spokojny rozwój z niską inflacją.

Z Ameryki

Kwiecień w historii giełdy od lat 50-tych XX wieku zapisał się jako miesiąc, w którym indeks DJIA zazwyczaj rośnie. Tym razem jednak bykom nie udało się potwierdzić historycznych zależności. Może teraz, w nowym wieku, będzie obowiązywała inna zasada. Przed rokiem kwiecień też przyniósł straty.

Indeksy zakończyły tydzień wzrostem, ale mogło niepokoić to, że giełdy zachowywały się dosyć słabo, choć kończył się miesiąc. To powinno skutkować procesem podnoszenia kursów akcji. Gdyby nie spadek cen ropy (w ciągu tygodnia staniała o 10 proc.), dzięki któremu piątkowa sesja tak dobrze się zakończyła, byłoby dużo gorzej. Tak naprawdę rynek akcji potwierdza, co mówią obligacje, których rentowność ciągle jest na bardzo niskim poziomie – narasta strach przed spowolnieniem gospodarczym. I rzeczywiście, marcowe zamówienia na dobra trwałego użytku spadły aż o 2,8 proc. Pięciomiesięczny dołek zanotował indeks zaufania konsumentów podawany przez Conference Board, a gospodarka w pierwszym kwartale wyraźnie zwolniła (PKB wzrósł o 3,1 proc., czyli najwolniej od 2 lat). Przy tym miary inflacji wzrosły dużo wyraźniej niż prognozowano. Może za wcześnie na mówienie o stagflacji, szczególnie, że dane za pierwszy kwartał są jedynie przybliżeniem, ale z całą pewnością można się zacząć niepokoić.

Nie widać jednak nawet śladu spowolnienia na rynku nieruchomości. Raport o marcowej sprzedaż nowych domów był wręcz szokujący. Sprzedaż wzrosła o 12,2 proc. Taki gwałtowny wzrost na szczycie niepokoi, bo wygląda na to, że już wszyscy widzą w nieruchomościach szansę na dobre ulokowanie kapitałów. Szczególnie może niepokoić to, że średnia cena wzrosła o 11,4 proc. (do 195 tys. USD). Był to największy wzrost od 25 lat. Analitycy rynku zaczynają mówić, że coraz więcej Amerykanów kupuje nieruchomości jedynie w celu spekulacji. To bardzo niebezpieczny trend. Na rynku akcji obserwujemy takie entuzjastyczne zachowanie inwestorów na szczytach hossy, ale nieruchomości są rynkiem dużo mniej zmiennym, czasem trzeba czekać latami na zmianę trendu, więc trudno na razie o wnioski. W każdym razie śladu bessy na nim nie widać, a dobra kondycja rynku nieruchomości jest podporą gospodarki.

Rynek walutowy długo nie bardzo wiedział, czy przejąć się spowolnieniem gospodarczym czy rosnącą inflacją. Pierwsze powinno dolara osłabiać, a drugie wzmacniać. Dolar zyskiwał aż do środy, kiedy dane o zamówieniach na dobra trwałego znowu wywołały gwałtowne odbicie od ponad trzyletniej linii trendu, a raport o słabym wzroście PKB i rosnącej inflacji jeszcze bardziej zwiększył konfuzję graczy. Finisz był jednak znowu dla amerykańskiej waluty bardzo dobry. Tydzień zakończyła ona wzmocnieniem z naruszeniem linii trendu (na wykresie tygodniowym). Bardzo dużo będzie teraz zależało od komunikatu amerykańskich władz monetarnych (Fed), ale pamiętajmy, że rozpoczyna się maj, a sondaże pokazują, że już nie tylko Francuzi, ale i Holendrzy mogą odrzucić Konstytucję UE. W dłuższym terminie nie będzie to miało dla euro znaczenia, ale przed tym głosowaniem atmosfera będzie pomagała dolarowi.

W krótkim terminie to właśnie Fed ma szansę pokazać rynkowi kierunek. Stopy zostaną podniesione o 25 pb., ale będziemy czekali na komunikat, by dowiedzieć się, czy Fed bardziej niepokoi się inflacją, czy spowolnieniem gospodarczym. Może również opisać obraz gospodarki, który nie jest ani czarny ani biały tylko dokładnie taki jak sobie to wyobraża obóz byków: spokojny rozwój z niedużą inflacją. Zapewne właśnie ten komunikat, wsparty danymi makro, zadecyduje o ruchach walut i akcji. Im większy strach przed inflacją, tym lepiej dla dolara i gorzej dla akcji. Im większe spowolnienie gospodarcze, tym gorzej. Jedno jest pewne: gdyby przeważyła inflacja to ostatecznie pękłoby dolne ograniczenie kanału trendu wzrostowego EUR/USD, a to wywołałoby gwałtowną ucieczkę od euro.

Na początku miesiąca świeży kapitał napływa do funduszy. W pierwszy piątek miesiąca podawany jest raport z amerykańskiego rynku pracy, co zazwyczaj poprzedzone jest zajmowaniem pozycji przez kapitał spekulacyjny. Oczekiwania są raczej skromne, więc jest miejsce dla pozytywnej niespodzianki, ale to może skutkować niepewnością zarówno na ryku walutowym jak i na rynku akcji. Warto zauważyć, że ciekawe wyniki przyniósł sondaż UBS i Gallupa. Optymizm inwestorów spadł do poziomu najniższego od maja 2003 roku. Nie jest to jednak kontrariański sygnał kupna akcji, bo nadal aż 57 proc. uważa, że teraz jest dobry czas do inwestowania w akcje. Stanowczo za dużo jest optymistów, by mówić o twardym dnie indeksów. W tym tygodniu byki stoją jednak przed szansą (o ile Fed jej nie unicestwi) na wywołanie zwyżki. Pamiętajmy jednak również o powiedzeniu „w maju sprzedaj i uciekaj” – Wall Street z całą pewnością o tym będzie pamiętała. Wzrost indeksów może być szansą na opuszczenie rynku lub otworzenie krótkich pozycji.

Z Polski

Nasza giełda i waluta prezentowały się w ubiegłym tygodniu wyjątkowo słabo. Złotego nie uchroniła przed przeceną decyzja Rada Polityki Pieniężnej. Już od dawna rada nas nie zaskakiwała, więc trudno się dziwić, że to w końcu nastąpiło. RPP miała do wyboru obniżyć stopy o 25 lub o 50 pkt baz. Twierdziłem, że obniżka o 50 pkt baz. i danie nadziei na dalsze cięcia to jest niebezpieczne posunięcie, bo słabnący dolar i drożejąca ropa mogą nas wkrótce postawić przed problemem rosnącej inflacji. Rada znalazła salomonowe wyjście. Stopy zostały obniżone o 50 pkt baz., ale nastawienie zostało zmienione z „łagodnego” na „neutralne”, co wyraźnie sygnalizuje, że w okresie kilku najbliższych miesięcy nie możemy się już spodziewać obniżki. Mówiono (słusznie) o niepewności politycznej i trudnej sytuacji na rynku ropy. Rynek walutowy miał do wyboru, czy cieszyć się z tego, że nie będzie już większych obniżek stóp, co powinno przyciągnąć inwestorów do złotego, czy też tym, że na rynku obligacji zakończyła się gra pod obniżki stóp, co powinno wywołać realizację zysków. Poszedł w kierunku nowego trendu (korekty), a złoty znacznie osłabł, zarówno do euro jak i dolara.

Im słabsze euro tym bardziej traci złoty, a Euroland zaczyna się już poważnie niepokoić majowym referendum we Francji. Dariusz Filar z Rady Polityki Pieniężnej powiedział, że w przypadku francuskiego „nie” w referendum konstytucyjnym należy być przygotowanym na rewizję oczekiwań rynkowych, co do daty przystąpienia Polski do strefy euro. W to nie wierzę, ale maj będzie dla nas trudny. Z pewnością nie tak miły jak rok temu, kiedy to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Z tej okazji wygłasza się mnóstwo przemówień i robi podsumowania. Mnie też często pytano, jak oceniam sytuację po roku w UE. Odpowiadałem, że pierwszy rok oceniam dobrze, ale nie unoszę się w niebiosa z zachwytu. Podtrzymuję twierdzenie o wyjątkowym charakterze 2004 r. Problemy (m. in. z protekcjonizmem w UE i USA) i z budżetem mogą zacząć się dopiero teraz. Bardzo subiektywnie uważam, że 20 proc. Polaków jest z wejścia do UE zadowolonych i mają powody, by się cieszyć, następne nieco ponad 50 proc. jest zadowolonych, ale nie bardzo wiedzą, z czego są zadowoleni (działa magia UE i media). Reszta albo nie wie, co o tym sądzić, albo jest niezadowolona z powodów ideologicznych. Poczekajmy z ocenami jeszcze rok, nawet dwa.

W polityce sytuacja jest nadal bardzo ciekawa. Konflikt PO i PiS w Warszawie nie pozostanie bez wpływu na stosunki między tymi partiami. Im dalej w las tym więcej drzew. Już pojawiają się z różnych stron komentarze „napuszczające” na siebie te partie. Widać jednak światełko w tunelu. Mówiło się o tym (sam o tym często pisałem), że programy gospodarcze tych partii nie są kompatybilne. Okazało się, że PiS znacznie przesunął się w stronę PO. Dowiedzieliśmy się, że chce zniesienia podatku giełdowego i od oszczędności, wprowadzenia dwóch, zamiast obecnych trzech progów (18 i 28 proc.) w PIT, czyli obniżenia podatków oraz dążenia do spełnienie kryteriów z Maastricht. Poza tym stwierdzono, że euro będzie można wprowadzić „jak będzie się nam to opłacało”. Bardzo ciekawe i godne poparcia propozycje, chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze, z powodu braku czasu, nie uda się tych propozycji podatkowych wprowadzić już w 2006 roku, a wcale nie jest oczywiste, czy za rok będzie nas stać na takie decyzje. Po drugie nie wiadomo czy partie, które wygrają wybory, obiecują tylko po to, by je wygrać, czy jednak wprowadzą swoje programy w życie. Po trzecie wreszcie nie wiadomo czy wielce prawdopodobna zmiana sposób przydziału mandatów (na St. League’a) nie wymusi trójpartyjnej koalicji, a przecież nie wiadomo, kto byłby tym „trzecim”. Polityka naszym rynkom nie pomaga i pomagać nie będzie. W tym tygodniu (5 maja) zaplanowano głosowanie nad wnioskiem o samorozwiązanie Sejmu, ale wydaje się, że nie ma żadnej możliwości (oprócz cudu), by wszystko nie zostało po staremu.

Ten tydzień będzie krótszy i tak naprawdę poniedziałek będzie stracony dla prawdziwego handlu. A trzeba pamiętać, że posiedzenie Fed odbędzie się we wtorek, kiedy będziemy jeszcze świętowali. Poza tym rozpoczyna się nasz sezon wyników kwartalnych. Na razie spokojnie, bo w zeszłym tygodniu wyniki podała TP i BRE Bank, a w nadchodzącym KGHM, ale niewątpliwie rynek się do tego sezonu szykuje. Nie oczekujemy dobrych wyników, ale ponieważ ostatnio indeksy spadały to nie jest wykluczone, że są one już zawarte w cenach. Nasz rynek bardzo często zniżkuje przed wynikami, a w ich okolicach (najczęściej jednak po nich) zaczynają się wzrosty. Teraz też tak może być, ale tylko wtedy, jeśli komunikat Fed nie przestraszy Amerykanów i w USA też zobaczymy odbicie.