Fed poruszył giełdą tylko przez chwilę

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-05-02 00:00

Cięcie stóp w USA o 25 pkt baz. nie oznacza przełomu dla graczy

Kiedy w połowie września 2007 r. Rezerwa Federalna (Fed) zainicjowała obecny cykl redukcji stóp procentowych, chyba nikt, łącznie z samym Benem Bernanke, szefem władz monetarnych, nie spodziewał się, jak daleko zaprowadzi ta droga. Nigdy jeszcze Fed nie obniżył stóp procentowych tak głęboko w tak krótkim czasie. Oprocentowanie funduszy federalnych w ujęciu realnym stało się w nawet niższe niż rekordowe 1 proc. za kadencji Alana Greenspana, poprzedniego szefa Fed.

Dotychczasowe działania Rezerwy Federalnej na rynku kredytowym zapobiegły panice w sektorze finansowym. Gospodarka nie odczuła jednak dotąd dobrodziejstw niższych stóp. Rynkowe oprocentowanie kredytów tylko nieznacznie zmalało. Ceny nieruchomości spadają w tempie niewidzianym od czasów Wielkiego Kryzysu, a konsumenci uginają się pod ciężarem zadłużenia i rosnących kosztów utrzymania. Wyższe ceny paliw i żywności to dotkliwy efekt uboczny niższych stóp, które doprowadziły do wyprzedaży dolara i surowcowej hossy.

W takiej sytuacji zmalało tak realne, jak i psychologiczne znaczenie kolejnych obniżek. Ten cykl dobiega powoli końca, a krańcowa użyteczność każdej następnej ewentualnej redukcji będzie coraz mniejsza. Fed zrobił, co do niego należało, a wariant japoński w postaci cięcia oprocentowania niemal do zera nie wchodzi w rachubę przy inflacji przekraczającej 4 proc. Teraz trzeba czekać, aż w końcu także gospodarka poczuje ulgę dzięki tańszemu pieniądzowi. Inwestorzy oraz sam Fed liczą też, że warta 150 mld USD stymulacja fiskalna doda mocy gospodarczemu silnikowi Ameryki.

Środowe posiedzenie Fed nie budziło takich emocji, jak jeszcze niedawno. Inwestorzy dostali to, czego się spodziewali. Podstawowa stopa procentowa po raz siódmy powędrowała w dół, tym razem o 25 pkt baz. Komunikat niewiele różnił się od poprzednich. Nieco mniej zaakcentowano słabość gospodarki, trochę więcej miejsca poświęcono inflacji, ale członkowie Fed zostawili sobie otwartą furtkę do dalszych obniżek, nie deklarując jednoznacznie zakończenia ich serii. Niemniej większość komentatorów uznała, że język komunikatu można odczytać jako sygnał przyszłej bardziej neutralnej polityki monetarnej.

Z punktu widzenia członków Fed większym złem niż inflacja jest spadek aktywności gospodarczej. I to dało się wyczuć w komentarzu. Ich zdaniem spowolnienie gospodarki zahamuje wzrost cen. Dlatego po ogłoszeniu decyzji dolar zmienił trend na spadkowy — nawet jeśli nie dojdzie do następnego cięcia, stopy w USA nieprędko wzrosną. Co gorsza, coraz częściej pojawiają się głosy, że do tej pory rynki zobaczyły tylko pierwszą odsłonę kryzysu finansowego. W miarę słabnięcia gospodarki może zacząć się jego kolejna runda, na co Fed wiele już nie poradzi. Pole do manewru jest niewielkie. Każdy nieostrożny ruch może wywołać paniczną ucieczkę od dolara i sprowadzić wysoką inflację.

Lista zagrożeń nie skróciła się, a dopóki amerykańscy konsumenci nie wrócą do sił i nie zaczną napędzać gospodarki, perspektywa wzrostu cen akcji jest mglista. Na razie wydatki konsumpcyjne rosną coraz wolniej, najwolniej od czasu ostatniej recesji. Zapowiada się długi i męczący marsz, a inwestorzy tego nie lubią. W rezultacie na środowej sesji giełdowej po erupcji optymizmu i ustanowieniu przez amerykańskie indeksy sesyjnych szczytów, odżyła podaż, a zyski wyparowały. Za kilka godzin amerykański rynek czeka kolejny poważny test — dzisiejszy raport z rynku pracy.

Włodzimierz Uniszewski