Feralna parafa

Wojciech Surmacz
22-04-2005, 00:00

Deutsche Bank PBC udzielił Jarosławowi Węglowskiemu kredytu na zakup akcji Polcoloritu — za pośrednictwem Internetowego Domu Maklerskiego. Kto tego chciał?

Razu pewnego klient przyszedł do maklera. Debiutowała spółka, więc złożył zlecenie na akcje. Podpisał umowę z maklerem — o zarządzanie pakietem. Miał swoich 200 tys. zł, na drugie tyle był kredyt. Makler poczynił zakup. Wtem kurs debiutanta spadł i klient zaliczył „plecy”!

Spór. Klient: kredytu nie wziąłem. Makler: właśnie, że tego chciał. Bank: kredyt dałem. Kwestię można rozstrzygnąć raz-dwa, wystarczy spojrzeć w umowę… Trzy strony ją sygnowały. Sęk jednak w tym, że makler... podpisał się w dwójnasób: podrobił parafę klienta. Co dalej? Bank żąda spłaty kredytu — bez względu na bieg wydarzeń. Klient się nie poczuwa, winą obarcza oszusta. Makler umywa ręce, choć przyznaje się do wpadki. Jaki tu morał? A taki: życie to nie bajka. Niestety. Tak oto prosta historia trafiła do gazety.

Chaos

Polcolorit zadebiutował 9 grudnia 2004 r. Pierwsze notowanie: 32,3 mln akcji serii B i 11,28 mln praw do akcji serii C — cena emisyjna 4,3 zł (dziś ok. 2,8 zł!). Internetowy Dom Maklerski (IDM) realizował zlecenie Jarosława Węglowskiego — w myśl umowy o zarządzanie pakietem papierów wartościowych, zawartej 25 listopada 2005 r. Problem jest w innej umowie — kredytowej.

Trzech barczystych facetów przyjechało do Warszawy. Ślązacy, srogie miny. Krzyczą dwaj — gruby i chudy (proszą o dyskrecję — nazwiska do wiadomości redakcji). Trzeci — poszkodowany (Jarosław Węglowski) — początkowo milczy. Jego koledzy wprowadzają chaos:

— Myśmy go nagrali w hotelu Piramida. W 30 minucie dokładnie mówi: popełniła to pracownica IDM. Złożyła wyjaśnienie na piś-mie. No i później jest wypowiedź prezesa, który nakłania naszego kolegę, by rozporządzał nie swoim mieniem. Nie swoim, bo nie brał kredytu i nie miał prawa do akcji — wrzeszczy chudy.

— Prezes Leszczyński chciał, by to sprzedać osobie zaproponowanej przez IDM — uzupełnia gruby.

— To IDM chciał ugody?

— Była taka propozycja. To jest na mailu... Chcieli odkupić ode mnie po 5 zł część akcji wziętych na kredyt i w ten sposób spłacić zobowiązanie w Deutsche Banku. Zaproponowałem im po 7,4 zł za pakiet kupiony przeze mnie za gotówkę. Przecież nie brałem kredytu na Polcolorit! — uaktywnia się Węglowski.

— Chwalą się na tablicy ogłoszeń, że od 1 lutego 2005 r. obowiązuje ich kodeks etyki Izby Domów Maklerskich. To się tam zwróciliśmy o pomoc, no i do Komisji Papierów Wartościowych i Giełd też oczywiście. Niestety jest rodzaj impasu — przekrzykuje wszystkich chudy.

— A prokuratura, policja?

— Do prokuratury warszawskiej zawiadomienie wpłynęło na początku marca. Wniosek rozpatrzyła, stwierdzając, że właściwa jest prokuratura okręgowa w Krakowie — informuje Węglowski.

Chudy: A prezes nam powiedział, że będziemy z nimi walczyć lata całe — bez skutku.

Gruby: Jakieś drugie dno musi być. Ile jest takich przypadków w Polsce? Sprawdźcie ten Polcolorit.

Sprawdzone. Nasz informator nie słyszał o nieprawidłowościach związanych z emisją Polcoloritu. Od razu jednak zaznacza: „Nie przesądza to o tym, że wszystko było w porządku. Po prostu: w tej sprawie nie ma postępowania”.

Bez komentarza

Z pisma datowanego na 8.02.2005 r. (Jarosław Węglowski do Internetowego Domu Maklerskiego): „Powołana umowa kredytowa (nr 1204- -9186), mimo że wskazuje na mnie jako kredytobiorcę, nie została przeze mnie zawarta. Nie złożyłem oświadczenia woli o zawarciu umowy tej treści, nie desygnowałem umowy własnoręcznym podpisem, nie jestem stroną przedmiotowej umowy. (…) Wnoszę o bezzwłoczne uznanie powołanej umowy za bezskuteczną”.

Z odpowiedzi Ldz. 50/02/05 datowanej na 10.02.2005 r. (Grzegorz Leszczyński, prezes zarządu IDM do Jarosława Węglowskiego): „Internetowy Dom Maklerski SA oświadcza, iż nie jest stroną umowy z Deutsche Bank PBC SA, na którą się Pan powołuje, nadto oświadcza, iż nie jest upoważniony do komentowania prawidłowości umów zawieranych przez banki w Polsce”.

Proszę bardzo!

Warszawska siedziba IDM przy Nowogrodzkiej. Trochę ciasno, ale nowocześnie. Schludny gabinet prezesa zarządu. Grzegorz Leszczyński wali prosto z mostu: Węglowski dobrze wiedział, co podpisuje. To standardowe umowy, każdy wie, co kupuje i że część bierze na kredyt. W ten sposób robi sobie dźwignię. I zarabia dużo więcej. Prosty mechanizm. W takiej sytuacji jak on jest kilkuset klientów. Wszyscy stracili na Polcoloricie. On akurat chwycił się tego, że może podpis nie jest jego…

Wchodzi sekretarka, pani Inga.

— Panie prezesie, mam promesę — podaje dokument szefowi.

Prezes rozkłada ksero na biurku.

— O! Jego podpis — proszę bardzo. Promesa udzielenia kredytu. Podpisane? Pro–szę bar–dzo! Wszystko na ten temat! Jasna sprawa. Czy on nie wie, co wziął? Przecież w sądzie dziecko będzie wiedziało, o co tu chodzi!

Czyta na głos: „Promesa udzielenia kredytu na zakup akcji Polcolorit SA”. Na prezentowanym dokumencie widnieje podpis Jarosława Węglowskiego.

— Jest różny od tego na umowie kredytowej?

— Być może.

— Na pewno?

— No różny. Zgadzam się. I co?

Prezes wyciąga inny dokument — to umowa o zarządzanie, którą Węglowski też podpisał. Własnoręcznie.

— Proszę: tu jest pełnomocnictwo, świadomość ryzyka. Są podpisy! — uderza w papier.

Znowu czyta: „do zaciągania kredytów, składania związanych z tym oświadczeń, ustanawiania w związku z tym ograniczonych praw rzeczowych na papierach wartościowych i praw wchodzących w skład pakietu papierów wartościowych”.

— Czyli mamy od niego zgodę na zaciąganie. I w sądzie to wykażemy — podkreśla.

I dalej cytuje, tym razem załącznik do regulaminu: „Akceptuję indywidualną strategię dla zarządzania moim pakietem (…) Opis strategii: zakup akcji Polcoloritu i sprzedaż na giełdzie. Oświadczam, że zapoznałem się z opinią na temat wybranej przeze mnie indywidualnej strategii. Proszę przestrzegać następujących limitów: papier wartościowy — maksymalny udział w pakiecie 100 proc.”.

— Można dokładnie przejrzeć. Wszystko podpisane i niekwestionowane przez niego. Jest tylko sprawa jednego podpisu… Ale to nie ma związku z jego zobowiązaniem kredytowym i umową. Powiem panu szczerze: myślę, że mu prawnicy doradzają. On chce jak najwięcej z nas wyciągnąć…

— Twierdzi, że porozumienie, które pan mu zaproponował, było bezprawne.

— Kłamstwo! Jest klient, który kupuje, on sprzedaje — i nie ma problemu. Mam porozumienie, które nam przesłał — z ceną 2 lub 3 razy wyższą od kursu giełdowego… Mogę pokazać. Pani Ingo!

Przez uchylone drzwi:

— Słucham.

— Mamy to porozumienie, które nam pan Węglowski przesłał e-mailem?

— Tak.

— Niech mi pani wydrukuje. On kłamie! Pisze: „Nigdy nie udzieliłem pełnomocnictwa do zawierania umów kredytowych”. Nie wie, że mamy dokumenty? A wie pan — mamy już oświadczenie z KPWiG!

— I co?

— Uważają, że wszystko jest OK. A jeśli klient ma do nas reklamację, nie będą jej rozstrzygać. Sądy są od tego.

Osłupienie

— Poszedłem do oddziału IDM w Pszczynie pod koniec listopada. Zamierzałem przeznaczyć na zakup akcji Polcoloritu 200 tys. zł. Chciałem je kupić sam. Namówiono mnie jednak na podpisanie umowy o zarządzanie. Tłumaczono, że niczym nie będę się musiał martwić. Brałem u nich wcześniej akcje PKO BP — za swoje i na kredyt. Sprzedałem z zyskiem. Nie było kokosów, nie potrafiłem wyczuć momentu... A pani z IDM pokazała mi imponujące wyniki ich maklerów. Powiedziała, że jeśli podpiszę umowę, będę miał święty spokój — opowiada Jarosław Węglowski.

— Dla takiego gościa, który nie wie, o co chodzi, to przecież supertemat! — wtrąca chudy.

Węglowski: „Przeczytałem umowę, poprosiłem o wyjaśnienie kilku aspektów i podpisałem. Na moim egzemplarzu nie była podpisana osoba wymieniona w reprezentacji. Nie mam daty zawarcia i podpisu prezesa. Oni podobno mają”.

— W treści są różnice?

— Nie mam pojęcia... Posługuję się swoją wersją. Oni twierdzą, że podpisałem ją 25 listopada 2004 r. Może... Idąc dalej: pani w IDM powiedziała mi, że co kwartał będę dostawał sprawozdania. Mniej więcej półtora miesiąca potem (czyli na początku stycznia 2005 r.) dostałem umowę. Wprawiło mnie to w osłupienie. Nie brałem żadnego kredytu! Nie podpisywałem żadnej umowy kredytowej z Deutsche Bankiem. Natychmiast pojechałem do oddziału DB PBC w Tychach (tam obecnie mieszkam). Poprosiłem o wyjaśnienie. Okazało się, że faktycznie taka umowa istnieje. Ale i tu umowy się różniły. W egzemplarzu, który dostałem, stoi, że wniosek kredytowy złożyłem w 2008 r., a kredyt wymagalny na 28 lutego 2004 r. Przypomnę: mamy 2005!

— A zapewniam: kolega jest niezwykle skrupulatny i nigdy by tego nie podpisał! — wtrąca chudy.

— Głupota! Wniosek kredytowy cztery lata później niż wymagalność umowy? No i spojrzałem na podpis… Od razu wiedziałem, że to nie ja. Pojechałem z kolegami do IDM. Spotkaliśmy się z prezesem w Warszawie. Powiedział, że musi zweryfikować informacje — bo to świeża sprawa. Zadzwonił, zaproponował spotkanie. Odbyło się w Tychach w hotelu Piramida. Wtedy go nagraliśmy. Przyznał, że pracownica sfałszowała mój podpis. Powiedział, że mnie rozumie i zaproponował rozwiązanie sytuacji — według mnie, kryminogenne.

— Ale gwarantowało panu zwrot pieniędzy?

— Nie. Przecież poniosłem wymierne straty. Nie mogłem wyjść z tego bez szwanku. Bo wszystko poszło w dół. Akcje z moich środków były zabezpieczeniem kredytu. Tak mnie uwiązali, że nie mogłem kiwnąć palcem w bucie.

— Ubezwłasnowolniony — zerwał się nagle gruby.

— A za to, co ci zaproponował prezes, to byś w prokuraturze wylądował! Nie możesz dysponować cudzym mieniem... Skoro mówisz, że nie brałeś kredytu, no to jak możesz sprzedać akcje, kupione za ten kredyt? Przecież byś przyznał, żeś wziął ten kredyt! To chore! — wrzasnął przez grubego chudy.

— Być może liczyli na szybki zysk i że się o niczym nie dowiem? Nie wiem. Tu jest cała dokumentacja. Jesteście moją jedyną nadzieją — Węglowski kładzie przed sobą stertę papierów.

Bez stanowiska

Z pisma datowanego na 14.02.2005 r. (Jarosław Węglowski do Grzegorza Leszczyńskiego): „W trakcie mej osobistej konwersacji z Panem, którą utrwaliłem na elektronicznym nośniku informacji podniósł Pan, że ma pełną świadomość, iż podpis figurujący na przedmiotowej umowie kredytowej nie pochodzi ode mnie i wskazał Pan na osobę sprawcy popełnienia czynu zabronionego, wywodzącej się z kręgu pracowników IDM SA. Natomiast w pisemnym ustosunkowaniu się do podnoszonych przeze mnie zarzutów ograniczył się Pan do lakonicznego stwierdzenia, że nie jest Pan umocowany do opiniowania umów zawieranych w Polsce. To mija się z prawdą, bowiem w trakcie naszego spotkania wskazał Pan, iż przedmiotowa umowa kredytowa została sporządzona przez pracowników IDM SA mocą umowy łączącej Deutsche Bank oraz IDM”.

Z odpowiedzi Ldz. 56/02/05 datowanej na 22.02.2005 r. (Grzegorz Leszczyński, prezes zarządu IDM do Jarosława Węglowskiego): „Według najlepszej wiedzy IDM SA, żaden z przedstawicieli IDM SA nie brał udziału w rozmowie z Panem, która byłaby zapisana na elektronicznym nośniku informacji. W tym stanie rzeczy, IDM SA nie jest w stanie ustosunkować się do Pana argumentacji przedstawionej w przedmiotowym zakresie”.

Mizerne szanse

Prezes Leszczyński bagatelizuje: takich spraw są tysiące…

— Ale to odosobniony przypadek czy mieliście ich więcej?

— Mieliśmy mnóstwo różnych sytuacji. Zawsze załatwialiśmy je polubownie lub klient po prostu rezygnował. Najczęściej ludzie, którzy grają na giełdzie, są rozsądni. Raz się zdarzyło inaczej... Jakby pan z partnerami tego człowieka porozmawiał... Oni się o to podobno pokłócili: iść na sprawę sądową, którą się przegra? Przecież każdy normalny prawnik powie, że facet ma mizerne szanse…

— I już nie pójdziecie na układ?

— Sprawa się wydała… KPWiG jest powiadomiona, prokuratura prowadzi postępowanie. Pojawiła się prasa… Przecież nie był tylko u was! Tak? Był u wszystkich — i dostał kopa! Jest pan jedynym, który się interesuje sprawą. Bo takich spraw są dziesiątki. W Millennium była „afera” — pamięta pan? Przecież ten gość, który był w Millennium, w sądzie przegrał. I to było podobne, bo podobno podważał podpis. Ale nie wchodzę w to... Podpis nie ma nic do rzeczy. Co on będzie miał z tego, że nasza pracownica będzie miała problemy? Nie wiem, czy jest odpowiedzialność firmy, czy nie? Długo by rozmawiać... Udowodnimy, że umowa jest ważna —niezależnie od podpisu. Intencją Węglowskiego było jej zawarcie. On się nie wywinie z tego kredytu. Został przelany na jego rachunek! Dlaczego od razu nie reklamował? Kupił za więcej, miał wyciągi z rachunków! Wiedział, że dostał pieniądze? Dlaczego od razu nie oponował? Przecież tę transakcję można było odkręcić w 15 minut. Kurs się otworzył według ceny nabycia. Dopiero jak były spadki, zaczął grzebać w dokumentach. Chcieliśmy załatwić sprawę polubownie — bez szumu. Nawet gdyby założyć, że jest wina pracownicy... My się nie uchylamy…

— Złamała procedury?

— Tak jest.

Pani Inga wnosi wydruk maila.

— O! Widzi pan? Chciał nam sprzedać po 7,40 zł.

— A kupił?

— Po 4,30 zł... No i oczywiście znowu pisze, że nie zaciągał kredytu… Ale 100-150 tys. zł chętnie by przytulił. Zwykły cwaniak... Myślał, że kiedy nas postraszy mediami — to coś wyciągnie. Jest nieobliczalny. Jeśli mówimy, że pokryjemy opłaty kredytowe, odsetki i odkupimy akcje według wyceny rynkowej, to jest biznes. A on nam mówi na dzień dobry: spłaćcie kredyt, a rachunku nie ruszajcie. A na rachunku ma aktywa za sto kilkadziesiąt tysięcy. Chciał nas zrobić w konia! Gdyby nie było błędu pracownicy, nic by nam nie zrobił. Nie byłoby tematu...

Ciąg dalszy...

Pracownik działu PR w Deutsche Banku obiecał, że wyznaczona zostanie osoba do kontaktu z „PB” w sprawie pana Węglowskiego. Nikt się nie odezwał.

A kontakty z DB zadłużonego Ślązaka? Mówi, że najpierw rozmawiał z Krystyną Grzonką, dyrektorką oddziału w Krakowie. Potem z Ryszardem Bąkiem z działu obsługi klienta. Słyszy ciągle: „Sprawa w toku, analizujemy”. Ostatnio dowiedział się, że bank sprzeda jego akcje w celu spłaty zadłużenia — bez względu na to, co się wokół całej sprawy dzieje.

Krakowska prokuratura wszczęła śledztwo. A i pszczyńska prokuratura zaczęła działać — na wniosek IDM! Zarząd spółki złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez własną pracownicę.

Marek Szuszkiewicz, dyrektor Departamentu Domów Maklerskich w KPWiG: „Komisja podjęła czynności sprawdzające na wniosek Pana Jarosława Węglowskiego. Naszym zdaniem, sprawa jest jasna — dokument został sfałszowany. Teraz rolą prokuratora jest wyjaśnienie okoliczności zaistnienia takiego stanu rzeczy. Ten aspekt nie jest już taki jednoznaczny”.

Sławomir Kamiński, rzecznik Sądu Izby Domów Maklerskich: „Trafił do nas wniosek Pana Węglowskiego. Sprawa nieciekawa. Poprosiliśmy IDM o wyjaśnienia na piśmie. Czekamy już kilka tygodni. Jeśli wciąż będą milczeć, skieruję sprawę do komisji etyki, bo w obecnym kształcie niewątpliwie się do tego kwalifikuje”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Feralna parafa