Filtr na uszach

Danuta Hernik
opublikowano: 27-11-2009, 00:00

Złej muzyki trzeba unikać, tak jak wszelkiego zła — mówi Urszula Dudziak. I dodaje: kochajmy ludzi szczęśliwych, współczujmy nieszczęśliwym i unikajmy złych.

Puls Biznesu: Dlaczego muzyka budzi tak silne emocje — od surm bojowych po romanse? A muzyk w czasie występu ma tak wielką władzę nad słuchaczem?

Urszula Dudziak: Muzyka daje poczucie wspólnoty emocjonalnej. Wykonawca dzieli się emocjami ze słuchaczem, przekazuje mu swoją energię. I ja, kiedy staję przed ludźmi i śpiewam dla nich, przekazuję im swoją energię. Czuję ten przepływ. Ludzie są blisko, na wyciągnięcie ręki... Mam coś dla nich… I dla siebie. A jak silne są te emocje, opowiem na przykładzie. Prowadzę zajęcia wokalne w Lucernie. Pewnego dnia powiedziałam młodym muzykom: "Zadziwcie siebie samych. Zaśpiewajcie tak, jak nigdy dotąd". Była tam dziewczyna, która wcześniej naśladowała Ellę Fitzgerald. I wtedy właśnie nagle zaśpiewała po swojemu. Tak, jak czuła. Jak nigdy przedtem. To był odlot. Byliśmy tak wzruszeni, że wszyscy płakaliśmy. Wyobrażasz sobie?

Z muzyką jest jak z pożywieniem. Nie można się bez niej obyć, nie można rozwijać się duchowo, emocjonalnie, intelektualnie. Ale zawsze uczulam, żeby założyć na uszy filtr! Żeby odizolować się od tego całego muzycznego koszmaru, który się masowo przewala wokół nas. Zresztą, muzyka wzbudza nie tylko dobre emocje. Może też być niebezpieczna.

A jakie emocje wyzwala jazz?

Uwalnia. Daje poczucie pełnego oddechu, swobody.

Kształcisz młodych muzyków, chętnie współpracujesz np. z Grażyną Auguścik. Nie obawiasz się konkurencji młodych wielkich głosów, nie promujesz wokalistek na własną szkodę?

Konkurencja? Żartujesz! W ogóle nie myślę w takich kategoriach. Młode wokalistki muszą się sprawdzić. Muszą przetrwać próbę czasu. Jeśli oprą się jego upływowi, nie przeminą z modą. Jeśli mają coś do powiedzenia, to dobrze. Niech śpiewają, taka konkurencja jest mi potrzebna. Zresztą to nie konkurencja, raczej wsparcie, pomoc, możliwość stworzenia czegoś ciekawego wspólnie.

Mówisz o sobie: jestem człowiekiem ciągle zadziwionym...

To prawda. Zadziwia mnie wszystko. Między innymi to, jak niesamowity potencjał nosimy w sobie. Sami nawet nie zdajemy sobie z niego sprawy. Mamy tyle do ofiarowania innym...

Na przykład śpiew?

Chociażby. A wracając do emocji. Właśnie głos jest najbardziej naturalnym instrumentem, mieści się w ciele, bardzo blisko serca. To coś znaczy.

Co robisz w najbliższym czasie poza śpiewaniem m.in. Chopina?

Ten projekt chopinowski z początku traktowałam jako poszerzenie repertuaru. Z pianistą Janem Skoczyńskim przymierzyliśmy się do utworów Chopina "na jazzowo". No i okazało się, że Chopin świetnym jazzmanem jest!

W listopadzie nagrałam płytę, na której śpiewam tylko naturalnym głosem. Z bardzo małą ilością elektroniki. To świeża, otwarta muzyka. Cieszę się z niej. Czternastego lutego w teatrze Krystyny Jandy na Ochocie planujemy koncert promocyjny.

Powstaje też moja książka autobiograficzna na podstawie 200 godzin wywiadu. Pyta moja córka Kasia. Bardzo żywo reaguje na niektóre odpowiedzi, krzyczy: "Wiedziałam, że tak powiesz. Spodziewałam się tego!". Albo: "Mamo, nie sądziłam, że tak na to patrzysz, tak to widzisz". "Tu mnie zaskoczyłaś, nigdy bym nie podejrzewała, że masz do tego taki stosunek". Dzięki pracy nad książką poznajemy się lepiej. Nie, nie tak — poznajemy się kolejny raz. Kasia wiele ze mnie wyciąga. Takie rzeczy, których sama z siebie bym nie powiedziała.

Wyciąga czy uwalnia je?

Jedno i drugie. Dość dawno temu, jeszcze w Nowym Jorku, pokazałam Januszowi Głowackiemu kawałek mojego pisania. Powiedział: "Masz rękę do pisania. Pisz".

Masz w sobie dużo pogody i niezwykłą energię. Ta pogoda aż kipi na płycie "Urszula Dudziak Superband At Jazz Cafe". Czuje się, że to nagranie live. Ma tę energię, o której mówiłaś. To wielkie szczęście być taką osobą.

Moja mama zawsze mówiła: "Uluś, pamiętaj, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Powtarzam to sobie w najcięższych chwilach. Po rozwodzie z Michałem Urbaniakiem i kiedy umarł Jerzy Kosiński. Nie wolno gorzknieć, nawet w nieszczęściu, nie trzeba marudzić i pytać — dlaczego mnie to spotkało? To nie pomaga, a jeszcze bardziej dołuje.

Zbliża się Boże Narodzenie. Gdzie je spędzisz?

W tym roku w Warszawie. Ale w zasadzie każde święta spędzam w innym miejscu. Jedną córkę mam w Stanach, drugą w Warszawie, siostra mieszka w Szwecji. Jeżdżę więc, a właściwie jeździmy, bo staramy się w święta być razem. Nie zawsze się udaje, ale zależy nam na tym.

Opowiedz o swoich Gwiazdkach w różnych miejscach.

Najcieplej wspominam święta w Zielonej Górze. Najpierw długo czekaliśmy na paczki od wujka z Anglii. A kiedy przychodziły, zaczynała się prawdziwa uczta: sardynki, chałwa, pomarańcze, których nigdy nie zapomnę. Nie zapomnę też, jak mama była zmęczona przed świętami. Czasem przyjeżdżała rodzina z Bielska, a mama miała dwanaścioro rodzeństwa, więc bywało nas dużo. Czasem byliśmy tylko w piątkę. Mieliśmy sąsiadkę, panią Michalską, która usypiała karpie. Do dziś nie wiem, jak to robiła.

A święta w Stanach?

Pierwsze święta w Stanach, 1973 rok. Potwornie tęskniłam za Polską. Ciągle płakałam. Michał miał ze mną straszny problem. Przez pierwsze lata chodziliśmy w gości. Przyjaźniliśmy się z Horowitzami, Januszem Głowackim, Rafałem Olbińskim, Andrzejem Czeczotem, Januszem Kapustą. Po pewnym czasie wreszcie zdecydowałam się zaprosić przyjaciół do nas. Postanowiłam, że sama zrobię prawdziwe święta. Byłam tak zdenerwowana, że przecedziłam barszcz do zlewu — buraczki zostały w sicie, a barszcz spłynął do rury.

Michał uwielbiał dawać prezenty. Rozpieszczał dziewczynki niezliczonymi pudłami i paczuszkami... Jedne święta postanowiliśmy spędzić na Florydzie. Kasia miała dwa lata, Mika pół roku. Zapakowaliśmy się do samochodu ze wszystkimi bambetlami i ruszyliśmy z Nowego Jorku. Za dwa dni mieliśmy być na miejscu. Niestety, kilkaset kilometrów od Nowego Jorku dostaliśmy się w taką śnieżną zawieruchę, że nie dało się dalej jechać. Wigilię spędziliśmy w kościele, do którego przygarnął nas pewien ksiądz, a na Florydę dojechaliśmy w drugi dzień świąt. Ale jazda samochodem przez Stany miała swoje uroki. Z całkiem zimowego, białego pejzażu przejeżdżaliśmy przez wywianą wiatrem równinę, potem pojawiły się kępy trawy, wreszcie krajobraz całkiem się zazielenił, a na końcu wylądowaliśmy pod palmami i na słonecznej plaży.

Gwiazdka w Stanach to skojarzenie ze ślizgawką i olbrzymią choinką u stóp wieżowca Rockefeller Center. Święta w Warszawie to iluminacja Pałacu Kultury i choinka na placu Zamkowym, ale w żaden sposób nie kojarzę Gwiazdki w Szwecji.

Święta w Szwecji w małych miejscowościach są skromne. Tam wszystko jest oszczędne w wyrazie. Chociaż w dużych miastach, np. w Goeteborgu, widać i świąteczne wystawy, i choinki, oświetlone ulice. Ale rzeczywiście nie ma takiej świątecznej wizytówki, która kojarzy się ze Szwecją.

Miejmy nadzieję, że w tym roku święta będą białe.

Miejmy nadzieję. l

Pięć oktaw, szkoda gadać

Urszuli Dudziak przedstawiać nie trzeba. Debiut (z Krzysztofem Komedą) w 1958 r. i pierwsze sukcesy w kraju. Lata siedemdziesiąte — głos z Ameryki, słuchany nocą w radiu Luksemburg, 1976 r. "Papaja" — absolutny szał. Efektowny "koncertowy" powrót do kraju w 1985 r. Współpracowała z największymi światowymi gwiazdami jazzu. Energetyczna muzyka, kosmopolityczny styl życia. 11 listopada 2009 r.

— Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, pan prezydent, kiss, kiss w rączkę, order na pierś. Pełna powaga.

Płyta nagrana miesiąc temu nie ma jeszcze tytułu. Będzie pełna energii — nie ma innej opcji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu