Finansowy ład rodzi się w bólach

Jacek Kowalczyk, PAP
opublikowano: 2010-02-04 00:00

Reforma kasy państwa okazuje się drogą przez mękę. Za potknięcia rządu ukarani zostaną przedsiębiorcy.

Piętrzą się problemy wokół realizacji planu naprawy finansów publicznych

Reforma kasy państwa okazuje się drogą przez mękę. Za potknięcia rządu ukarani zostaną przedsiębiorcy.

Nasila się zamieszanie wokół Programu Konwergencji — dokumentu, w którym Polska tłumaczymy się przed Brukselą, jak zamierza zahamować narastające lawinowo zadłużenie państwa. Ostatecznej wersji programu wciąż nie ma, za to nasila się spór wokół niego wewnątrz rządu. To pokazuje, że mimo optymistycznych zapowiedzi, gabinet Donalda Tuska nie ma planu uzdrowienia finansów publicznych — alarmują ekonomiści.

PSL po swojemu

Program Konwergencji miał trafić do Komisji Europejskiej do końca stycznia, dlatego rynek oczekiwał poznania jego założeń (głównie rządowej prognozy dotyczącej ścieżki deficytu i długu finansów publicznych) już od kilku tygodni. Choć termin minął, programu nadal nie ma. Powodem poślizgu jest spór między Platformą Obywatelską a Polskim Stronnictwem Ludowym.

— W dokumencie znalazły się zapowiedzi zmian, do których zastrzeżenia ma wicepremier Waldemar Pawlak. Nie zawsze plan stabilizacji finansów publicznych oznacza plan stabilizacji koalicji — tłumaczył we wtorek wieczorem Donald Tusk.

Pomysł PO zakładał łatanie deficytu państwa przez zmiany w KRUS i obłożenie podatkiem dochodowym części rolników. Szef PSL propozycji nie poparł i tym jednym ruchem zdezaktualizował całą zawartość dokumentu.

— Bez poparcia przez koalicjanta programu ujęte w nim prognozy i deklaracje są niewiarygodne, bo w praktyce niemożliwe do zrealizowania — tłumaczy Remigiusz Grudzień, analityk finansów publicznych PKO BP.

Dobra mina

Sytuacja jest tym bardziej napięta, że prognozy obozu związanego z PO — nawet uwzględniające poparcie PSL — były oparte na bardzo optymistycznych założeniach W 2010 r. PKB ma wzrosnąć o 3,4 proc., a w 2011 r. o 4,5 proc. To znacznie lepiej niż oczekuje rynek. Według Banku Światowego, dynamika wyniesie odpowiednio 2,2 proc. i 3,4 proc. Nawet budżet państwa na 2010 r. zakłada 1,2 proc.

— To bardzo optymistyczne prognozy. Wynik 3,4 proc. w 2010 r. jest bardzo mało prawdopodobny, ja oczekuję 2,5 proc. Wyższy wzrost gospodarczy obniża ścieżkę długu i deficytu. Rząd, zresztą zgodnie z przyjętą praktyką, próbuje w ten sposób "zadowolić" Komisję Europejską —mówi Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, współtworzący dwa lata temu ówczesną aktualizację Programu Konwergencji.

Wątpliwości ekspertów wobec tego, czy rząd ma pomysł na potrzebne reformy, paradoksalnie zwiększył ogłoszony w piątek plan naprawy finansów publicznych. Premier mówił wtedy, że dzięki zaproponowanym rozwiązaniom nasz deficyt zejdzie poniżej 3 proc. w 2012 r. z 7 proc. w 2010 r.

— Zbicie deficytu o ponad połowę w ciągu dwóch lat to zadanie niesłychanie ambitne. Tymczasem ciągle nie wiem, co właściwie rząd zamierza zrobić, żeby ten cel osiągnąć — mówi Stanisław Gomułka.

O piątkowych zapewnieniach premiera, że polskie finanse publiczne w najbliższych latach staną się najbezpieczniejsze w Europie, ekonomista odpowiada krótko: "Nie ma na to szans".

Kara czeka

Komisja Europejska na razie nasze problemy traktuje ze spokojem, a optymistyczne deklaracje rządu nawet chwali.

— Zajęliśmy pozytywne stanowisko w sprawie decyzji podjętych przez polskie władze — powiedział wczoraj Joaquin Almunia, kończący kadencję komisarz UE do spraw gospodarczych i monetarnych.

Bruksela jednocześnie domaga się jednak kolejnych działań.

"Dalsza znacząca konsolidacja środków będzie niezbędna, by obniżyć deficyt poniżej 3 proc. w 2012 r." — czytamy w oświadczeniu KE.

Ekonomiści zwracają uwagę, że jeśli polski rząd szybko nie przedstawi wiarygodnych planów uzdrawiania polskich finansów, opinia o polskiej gospodarce może zmienić się o 180 stopni.

— Wyszliśmy z kryzysu ze zdemolowanymi finansami publicznymi. Możemy jeszcze łatwo je naprawić, tylko rząd musi zacząć działać. Dziś mówi "idziemy, idziemy", a stoi w miejscu. Wszystkie kraje, które z tym zwlekały, np. Grecja czy Węgry, zostały surowo ukarane — mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas.

A płacić za zaniechania będą przedsiębiorcy i konsumenci.

— Jeśli rząd szybko nie zacznie ograniczać potrzeb pożyczkowych, przedsiębiorcy będą mieli coraz mniejszy dostęp do kredytu, a koszt finansowania wzrośnie. W efekcie załamią się inwestycje i wzrost gospodarczy, a bezrobocie wzrośnie — ostrzega Michał Dybuła.

Jacek

Kowalczyk, PAP