Firmowe waciki z NFZ

Marta Markiewicz
opublikowano: 2010-07-10 13:32

Prywatna służba zdrowia jest kosztowna. Kontrakty z funduszy publicznych wystarczają na... Na pewno nie na kadrę.

Umowa z funduszem zdrowia (państwowym) jako forma promocji? To nie żart. To już zdarzyło się w Gdyni.
Orłowo, jedna z najspokojniejszych i najbardziej urokliwych dzielnic Gdyni. Stromy, klifowy brzeg, willa, w której tworzył Stefan Żeromski, i drewniane molo rozcinające wody Zatoki Gdańskiej. Gdy Andrzej Sokołowski, z wykształcenia lekarz chorób wewnętrznych, od 30 lat prowadzący prywatną praktykę, otwierał w gdyńskim Orłowie niepubliczny zakład rehabilitacyjny, miał w planach stworzenie najlepszej w Trójmieście placówki dostępnej dla wszystkich pacjentów. W 2006 r. w al. Zwycięstwa przy trzygwiazdkowym hotelu Kuracyjnym powstało Centrum Rehabilitacji i Odnowy Biologicznej.
— Do zakładu ściągnąłem dream team — najlepszą trójmiejską kadrę 26 terapeutów — mówi Andrzej Sokołowski.
Programy fizykoterapii, hydroterapii, nowoczesny sprzęt, najnowsze techniki i metody rehabilitacji, a do tego system ciągłego szkolenia i doskonalenia kadry. Ten, wydawać by się mogło, idealny plan zweryfikowało pierwszych 12 miesięcy kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ).
— Przez rok moi terapeuci pracowali na dwie zmiany, przyjmując dziennie do kilkuset pacjentów. Kontrakt, jaki otrzymaliśmy z wojewódzkiego oddziału NFZ, opiewał na 22,5 tys. zł miesięcznie, a część wykonywanych przez nas procedur była wyceniana na 1 lub 2 punkty: to jest 90 gr lub 1,8 zł — szacuje Andrzej Sokołowski, prezes orłowskiego centrum oraz Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych (OSSN).

Drzwi się nie zamykały...
— Jeden pacjent ubierał się po zabiegu, drugi był przyjmowany, trzeci czekał w szlafroku na swoją kolej. Na indywidualne podejście, szkolenia kadry czy wspólne omawianie postępów terapii i dalszego postępowania nie starczało nam już doby — mówi Andrzej Sokołowski.
Ostatecznie czas kontraktu zamknął ze stratą, a rok leczenia pacjentów w ramach kontraktu z NFZ potraktował jako inwestycję w... reklamę.

...VAT również
To wierna ilustracja kłopotów prywatnych inicjatyw. Ciągła niepewność długoterminowych kontraktów, niskie wyceny procedur i zerowe zachęty do prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych — to najistotniejsze kłopoty wskazywane przez przedsiębiorców oferujących prywatne usługi medyczne.
— Główną barierą rozwoju, obok kontraktów z NFZ, jest również ich wartość i długość. Nam, jako przedsiębiorcom, potrzebne są uczciwe umowy, które moglibyśmy podpisywać na przykład na pięć lat — wyjaśnia Andrzej Sokołowski.
Posiadając gwarancje publicznego płatnika podmioty działające w sektorze ochrony zdrowia będą na diametralnie innej pozycji w relacjach z instytucjami udzielającymi kredytów. Z praktyki wynika, że NFZ podpisuje umowy maksymalnie na 3 lata. Co roku szpitale muszą je odnawiać.
Według właścicieli prywatnych szpitali, w Polsce brakuje również zachęt do dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
— Dlaczego pracodawca nie może wpisać w koszty uzyskania przychodu wydatku na prywatne ubezpieczenie zdrowotne swojego pracownika? Odciąży to przecież i tak ledwo dyszący system publiczny, a jednocześnie silniej powiąże i pracodawcę, i pracownika — twierdzi Andrzej Sokołowski.
Niedawno przedsiębiorcy z sektora prywatnej ochrony zdrowia spotkali się z Maciejem Grabowskim, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów. Starali się przekonać resort do wprowadzenia w służbie zdrowia podatku VAT, by mogli również odliczać go przy okazji inwestycji w sprzęt medyczny czy rozbudowę obiektów. Efektów formalnych jeszcze nie widać, jednak przedstawiciele resortu wykazali zainteresowania problemem.

Prywatni = efektywni
Według dr. Maxa Ponseille, szefa Europejskiej Unii Szpitali Prywatnych (UEHP), prywatna służba zdrowia znacznie efektywniej dysponuje funduszami. Potwierdził to kryzys gospodarczy.
— Szpitale należące do prywatnych właścicieli musiały zweryfikować koszty podnosząc jakość wykonywanych usług — oceniał podczas I Kongresu UEHP w Paryżu szef UEHP.
Ponadto obok gwarancji wysokich standardów leczenia prywatne placówki stanowią o pozytywnej konkurencji z publicznymi szpitalami.
— Prywatny sektor ochrony zdrowia w Europie pełni funkcję drajwera zmian — podkreśla Piotr Gerber, prezes EMC Instytut Medyczny.
Większość nowych procedur, zarówno medycznych, jak i organizacyjnych, w pierwszej kolejności wprowadzają placówki niepubliczne. Mimo lepszej jakości usług prywatni przedsiębiorcy nie zawsze dostają kawałek z tortu NFZ.
— Z naszych szacunków wynika, że w szpitalach prywatnych w Polsce dysponujemy 5 proc. łóżek — mówi Piotr Gerber.
Według szacunków OSSN, finansowane w nich procedury z funduszy NFZ mieszczą się w widełkach 1,4-1,7 proc. wartości wszystkich kontraktów przyznawanych szpitalom.
A przecież według zaleceń Unii Europejskiej, co drugi szpital w krajach członkowskich powinien być zarządzany przez prywatnego właściciela. Tak jest m.in. we Francji, Hiszpanii czy na Cyprze, gdzie aż 53,2 proc. łóżek znajduje się w niepublicznych placówkach. Gros pacjentów leczy się tam bez dodatkowych opłat, korzystając z ubezpieczenia zdrowotnego.