Umowa z funduszem zdrowia (państwowym) jako forma promocji? To nie żart. To
już zdarzyło się w Gdyni.
Orłowo, jedna z najspokojniejszych i najbardziej
urokliwych dzielnic Gdyni. Stromy, klifowy brzeg, willa, w której tworzył Stefan
Żeromski, i drewniane molo rozcinające wody Zatoki Gdańskiej. Gdy Andrzej
Sokołowski, z wykształcenia lekarz chorób wewnętrznych, od 30 lat prowadzący
prywatną praktykę, otwierał w gdyńskim Orłowie niepubliczny zakład
rehabilitacyjny, miał w planach stworzenie najlepszej w Trójmieście placówki
dostępnej dla wszystkich pacjentów. W 2006 r. w al. Zwycięstwa przy
trzygwiazdkowym hotelu Kuracyjnym powstało Centrum Rehabilitacji i Odnowy
Biologicznej.
— Do zakładu ściągnąłem dream team — najlepszą trójmiejską
kadrę 26 terapeutów — mówi Andrzej Sokołowski.
Programy fizykoterapii,
hydroterapii, nowoczesny sprzęt, najnowsze techniki i metody rehabilitacji, a do
tego system ciągłego szkolenia i doskonalenia kadry. Ten, wydawać by się mogło,
idealny plan zweryfikowało pierwszych 12 miesięcy kontraktu z Narodowym
Funduszem Zdrowia (NFZ).
— Przez rok moi terapeuci pracowali na dwie zmiany,
przyjmując dziennie do kilkuset pacjentów. Kontrakt, jaki otrzymaliśmy z
wojewódzkiego oddziału NFZ, opiewał na 22,5 tys. zł miesięcznie, a część
wykonywanych przez nas procedur była wyceniana na 1 lub 2 punkty: to jest 90 gr
lub 1,8 zł — szacuje Andrzej Sokołowski, prezes orłowskiego centrum oraz
Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych (OSSN).
Drzwi się nie zamykały...
— Jeden pacjent ubierał się po
zabiegu, drugi był przyjmowany, trzeci czekał w szlafroku na swoją kolej. Na
indywidualne podejście, szkolenia kadry czy wspólne omawianie postępów terapii i
dalszego postępowania nie starczało nam już doby — mówi Andrzej Sokołowski.
Ostatecznie czas kontraktu zamknął ze stratą, a rok leczenia pacjentów w
ramach kontraktu z NFZ potraktował jako inwestycję w... reklamę.
...VAT również
To wierna ilustracja kłopotów prywatnych
inicjatyw. Ciągła niepewność długoterminowych kontraktów, niskie wyceny procedur
i zerowe zachęty do prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych — to najistotniejsze
kłopoty wskazywane przez przedsiębiorców oferujących prywatne usługi medyczne.
— Główną barierą rozwoju, obok kontraktów z NFZ, jest również ich wartość i
długość. Nam, jako przedsiębiorcom, potrzebne są uczciwe umowy, które moglibyśmy
podpisywać na przykład na pięć lat — wyjaśnia Andrzej Sokołowski.
Posiadając
gwarancje publicznego płatnika podmioty działające w sektorze ochrony zdrowia
będą na diametralnie innej pozycji w relacjach z instytucjami udzielającymi
kredytów. Z praktyki wynika, że NFZ podpisuje umowy maksymalnie na 3 lata. Co
roku szpitale muszą je odnawiać.
Według właścicieli prywatnych szpitali, w
Polsce brakuje również zachęt do dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.
—
Dlaczego pracodawca nie może wpisać w koszty uzyskania przychodu wydatku na
prywatne ubezpieczenie zdrowotne swojego pracownika? Odciąży to przecież i tak
ledwo dyszący system publiczny, a jednocześnie silniej powiąże i pracodawcę, i
pracownika — twierdzi Andrzej Sokołowski.
Niedawno przedsiębiorcy z sektora
prywatnej ochrony zdrowia spotkali się z Maciejem Grabowskim, podsekretarzem
stanu w Ministerstwie Finansów. Starali się przekonać resort do wprowadzenia w
służbie zdrowia podatku VAT, by mogli również odliczać go przy okazji inwestycji
w sprzęt medyczny czy rozbudowę obiektów. Efektów formalnych jeszcze nie widać,
jednak przedstawiciele resortu wykazali zainteresowania problemem.
Prywatni = efektywni
Według dr. Maxa Ponseille, szefa
Europejskiej Unii Szpitali Prywatnych (UEHP), prywatna służba zdrowia znacznie
efektywniej dysponuje funduszami. Potwierdził to kryzys gospodarczy.
—
Szpitale należące do prywatnych właścicieli musiały zweryfikować koszty
podnosząc jakość wykonywanych usług — oceniał podczas I Kongresu UEHP w Paryżu
szef UEHP.
Ponadto obok gwarancji wysokich standardów leczenia prywatne
placówki stanowią o pozytywnej konkurencji z publicznymi szpitalami.
—
Prywatny sektor ochrony zdrowia w Europie pełni funkcję drajwera zmian —
podkreśla Piotr Gerber, prezes EMC Instytut Medyczny.
Większość nowych
procedur, zarówno medycznych, jak i organizacyjnych, w pierwszej kolejności
wprowadzają placówki niepubliczne. Mimo lepszej jakości usług prywatni
przedsiębiorcy nie zawsze dostają kawałek z tortu NFZ.
— Z naszych szacunków
wynika, że w szpitalach prywatnych w Polsce dysponujemy 5 proc. łóżek — mówi
Piotr Gerber.
Według szacunków OSSN, finansowane w nich procedury z funduszy
NFZ mieszczą się w widełkach 1,4-1,7 proc. wartości wszystkich kontraktów
przyznawanych szpitalom.
A przecież według zaleceń Unii Europejskiej, co
drugi szpital w krajach członkowskich powinien być zarządzany przez prywatnego
właściciela. Tak jest m.in. we Francji, Hiszpanii czy na Cyprze, gdzie aż 53,2
proc. łóżek znajduje się w niepublicznych placówkach. Gros pacjentów leczy się
tam bez dodatkowych opłat, korzystając z ubezpieczenia zdrowotnego.