Mój dom świadczy o mnie. Tę zasadę wyznaje coraz większa grupa Polaków. I dlatego rynek artykułów budowlanych i dekoracyjnych rośnie jak na drożdżach.
Należąca do francuskiej firmy rodzinnej sieć hipermarketów budowlanych Leroy Merlin (LM) powiększy się do końca 2006 r. o trzy obiekty.
— Uruchomimy sklepy w krakowskim centrum Czyżyny, w Gliwicach oraz w Rzeszowie. Łącznie w 2006 r. otworzymy 5 placówek. Plan opracowany na cztery lata zakłada, że będziemy rozwijać się w tempie czterech nowych obiektów rocznie — mówi Jerzy Majos, dyrektor centrali zakupów i marketingu LM.
Średni koszt otwarcia jednego sklepu wynosi 30 mln zł. Zatem w ciągu czterech lat spółka chce zainwestować około 480 mln zł.
Kolejny Brico
Przedstawiciele spółki przyznali, że w Polsce nasila się konkurencja między podmiotami oferującymi artykuły budowlane i wykończeniowe. Oprócz obecnych już w kraju sieci zagranicznych: Praktiker, Obi, Castorama, Brichomarche i rodzimej Nomi oraz punktów skupionych w Polskich Składach Budowlanych, do gry zaczynają wkraczać tzw. hard dysconty budowlane.
— Ten rodzaj sklepów to obiekty mniejsze niż placówki sieciowe. Sprzedaje się w nich produkty w cenie najniższej na rynku. Osiąga się to m.in. poprzez ograniczanie oferty pod względem ilościowym oraz rezygnację z zatrudniania specjalistów mogących pomóc klientom w zakupach — wyjaśnia Jerzy Majos.
Wejście na nasz rynek zapowiedziała już sieć Brico Depot, należąca do spółki Kingfisher. W Polsce prowadzi już ona sieć Castorama.
— Zamierzamy wprowadzić do kraju koncepcję sieci sklepów dyskontowych Bricoman, należących do Grupy Leroy Merlin (właścicielem jest stowarzyszenie rodzinne Mulliez) — podkreśla Jerzy Majos.
Przedstawiciele LM przyznają, że trwają już przygotowania do otwarcia pierwszego sklepu.
Coraz więcej do podziału
Walka o portfele klientów ma ścisły związek ze wzrostem zainteresowania Polaków remontami i modernizacją mieszkań i domów, a także z coraz wyższymi sumami przeznaczanymi na ten cel.
— Szacujemy, że rynek na którym działamy zwiększył się z 4,3 mld zł w 1995 r. do 18 mld zł w 2005 r. Jest więc o co walczyć — wylicza Jerzy Majos.