Frontex podpadł eurodeputowanym

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-10-18 20:00

Do różnych hiobowych wieści odbieranych przez rząd z centrali Unii Europejskiej doszła jeszcze jedna ze Strasburga.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Tym razem relacje instytucji unijnych z władcami Polski dotknęła wyłącznie zdalnie, wprost nie można przypiąć żadnej łatki, ale odpryskowo trafiła boleśnie. Parlament Europejski (PE) nie udzielił absolutorium Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej, znanej pod skrótem Frontex. Agencja utworzona została po wielkim rozszerzeniu UE w 2004 r. o dziesiątkę nowych państw i od początku ma główną siedzibę w Warszawie, przy czym nasze rządy z definicji na działalność Fronteksu nie mają jakiegokolwiek wpływu. Notabene absolutorium dotyczyło oceny roku… 2020, czyli ostatniego z budżetowej siedmiolatki 2014-20. Równie naturalnie co naiwnie można byłoby przypuszczać, że najpóźniej w październiku rozlicza się działalność i finanse z roku poprzedniego. Tak dzieje się tylko na poziomie państw, UE jest bytem tak gigantycznym i rozdętym biurokratycznie, że potrzebuje aż półtora roku.

Negatywna ocena Fronteksu przez PE nie była żadnym zaskoczeniem. Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) napiętnował agencję najbardziej za… wypychanie migrantów z powrotem za unijne granice, czyli tzw. push-backi. W szczególności chodziło o odsyłanie z Grecji do Turcji masy ludzkiej napierającej z Bliskiego Wschodu, co czynili pogranicznicy greccy, ale za przyzwoleniem Fronteksu. Do tego doszły zarzuty o nieprzestrzeganie prawa pracy, chaos w rekrutacji agentów, przeprowadzaniu misji zagranicznych czy organizowaniu wyjazdów. Część pracowników dowodziła, że musiała sama ponosić koszty misji granicznych, a pieniądze były zwracane dopiero później, chociaż budżet Fronteksu przekracza 750 mln EUR.

Prawdziwy problem agencji polega na tym, że… nikt tej służby nie chce. Teoretycznie zajmuje się ona koordynacją, obserwacją, wspomaganiem państw członkowskich, a w sytuacjach awaryjnych również interwencjami na granicach. Frontex może wkraczać jedynie na wniosek państw, ewentualnie w sytuacjach głębokiego kryzysu migracyjnego na wniosek Rady UE. Prowadzi to do sytuacji, w której właściwie nie ma co robić, ponieważ żadne państwo nie chce unijnej formacji wzywać, uważając że ochrona granicy to jego sprawa. Widać to było chociażby w trakcie kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, gdy rząd konsekwentnie odmawiał sprowadzania Fronteksu. Ale tak postępują wszyscy realnie zagrożeni migracyjnym tsunami – Grecy, Włosi, Hiszpanie.

Frontex monitorował np. docieranie na grecką wyspę Lesbos migrantów przepływających przez Morze Egejskie z Turcji, ale głównie robiąc tzw. dobre wrażenie – faktycznie działali greccy pogranicznicy oraz cywilni ratownicy i wolontariusze.
Marfisi/Fotogramma/Ropi / Zuma Press / Forum

Po wielu latach przymiarek Frontex wreszcie przystępuje do budowy w Warszawie nowej siedziby. Ma kosztować 140 mln EUR, działkę rząd PiS ustawowo przekazał gratis w 2017 r., siedziba znajdzie się tuż przy upadłym stadionie niegdyś milicyjnej Gwardii Warszawa, przez płot z gmachem Agencji Wywiadu. Przysłowie „idź złoto do złota” to dość dalekie porównanie, no ale „idź agencjo do agencji” samo się nasuwa, wspólnego ogrodzenia obie nie będą musiały specjalnie pilnować. Frontex obliczył potrzeby na 70 tys. m kw. ponad dotychczasowe pomieszczenia wynajmowane, chce zatrudnić ponad 2 tys. nowych pracowników, rzecz jasna nie aż tylu w warszawskiej centrali. Wypada przypomnieć, że sprowadzenie unijnej instytucji do Polski było ogromnym sukcesem rządu SLD premiera Marka Belki na samym początku naszego członkostwa. Po tzw. dobrej zmianie rząd PiS w pierwszej kadencji wręcz niebo Fronteksowi przychylał, licząc, że gospodarska życzliwość ociepli jego lodowate stosunki z centralą UE, a także będzie kluczem otwierającym Polsce drzwi do unijnej kasy. Na razie jednak wychodzi, że to raczej niepasujący wytrych.