Fryzjer portfeli

Jacek Konikowski
opublikowano: 25-04-2008, 00:00

Jaka jest różnica między urzędem skarbowym a zakładem fryzjerskim? W urzędzie skarbowym golą dokładniej.

Poznań. Pierwszy Urząd Skarbowy. Nie tylko z nazwy, bo i największy w Polsce. Do tego najlepszy — najpracowitszy i najmniej omylny. Tak chcą statystyki. Najwięcej rozpatrzonych wniosków — i ani jednej błędnej decyzji. Słowem: postrach podatnika.

Jak działa? Łapiemy diabła za rogi. Wcale on nie taki straszny. Pierwsze kroki — do naczelnika. Trochę od końca, bo tu zazwyczaj trafiają optymiści, którzy sądzą, że załatwią więcej niż w okienku. Mylą się, bo dzisiaj naczelnik to nie podatkowa wyrocznia, lecz menedżer. Ma czym zarządzać. Fiskus to firma. Ten — 302 pracowników. Milion złotych kosztów. I 1,2 mln zysku. Czyli ściągniętych podatków.

I kombinat papierkowej roboty. Teraz listonosz przynosi codziennie 18 tys. kopert. A gdy podatkowy szczyt minie — 10-11 tys. W jednych są deklaracje, w innych — wnioski i prośby. Różnie. Od 230 tys. podatników.

— W zeszłym roku zużyliśmy 4775 ryz papieru. Ponad 2 mln kartek. Miesięcznie wysyłamy średnio 15 tys. listów — wylicza naczelnik Jacek Przybylski.

Miłość

Serce US, gabinet naczelnika, nie napawa strachem. Raczej sportową atmosferą. Dyplomy, puchary. Jak w klubie piłkarskim. Choć to sąsiedztwo... Z okna widok na komisariat policji. Silne wsparcie.

Naczelnik to człowiek konkretny. I drobiazgowy. Na pytanie o liczbę petentów, poprawia: petenci to byli kiedyś, teraz są podatnicy. Lub klienci.

Na honorowym miejscu wiszą dwa dyplomy. Jeden za pracowitość, drugi — za nieomylność.

— W ubiegłym roku wydaliśmy najwięcej w kraju decyzji, z których żadna nie została uchylona — mówi szef urzędu.

To dla podatnika dobrze czy źle?

— Dobrze, bo to oznacza, że robimy wszystko, aby podatnik miał jak najmniej kontaktu z urzędem. Tylko gdy jest to konieczne — tłumaczy naczelnik.

To podatnik w urzędzie skarbowym nie jest już witany z otwartymi ramionami? Czyżby mentalność urzędników się zmieniała?

— Pracuję w fiskusie od 15 lat i widzę, jak się zmienia nastawienie pracowników. Zaczyna rzeczywiście obowiązywać zasada: klient nasz pan. Dla wielu podatników wizyta w urzędzie jest stresująca, dlatego nie wzywamy ich z błahych powodów, bo np. przecinek źle postawiony. Czasem sami poprawimy deklarację (ustawa na to zezwala w odniesieniu do danych, które nie mają znaczącego wpływu na wysokość podatku; znaczącego, czyli do tysiąca złotych), czasem o coś podatnika zapytamy, a wezwiemy — w ostateczności — mówi Jacek Przybylski.

Miłością w podatnika? „My go tak mocno kochać będziemy, że on nas w końcu też pokocha”.

Ale właściwie, to po co się tak z podatnikiem cackać, że stresy, że wizyty częste. A niech przychodzi, niech po nocach nie śpi. Fiskus to nie butik. I tak płacić trzeba.

— To się po prostu opłaca. Po pierwsze, podatnik bardziej ochoczo wypełnia obowiązek podatkowy, po drugie — im rzadziej do nas przychodzi, tym mniej uwagi musimy mu poświęcać, zyskując czas choćby na jego edukację. Wystarczy, że wyśle deklaracje i przeleje podatki — tłumaczy plan Jacek Przybylski.

I dodaje, że i tak pracy jest huk: 420 tys. deklaracji podatkowych rocznie. Samych tylko vatowskich — 181 tys. Obrobić to wszystko na czas to sztuka! A każda sztuka, każda deklaracja swój obieg ma. Zaczyna się w okienku, na dole. Każdy może przyjść: złożyć dokument, zapytać.

Okienko

Sala obsługi. Podatnicy żartują, że tu diabeł mówi dzień dobry. Dla większości to właśnie jest fiskus. Tu składają deklaracje podatkowe. Dzisiaj jest kameralnie. Pusto. Za to pod koniec miesiąca ciemno, ludzi mrowie.

Z okienek deklaracje w koszach trafiają do działu wprowadzania danych. Tu siedmiu pracowników robi tylko jedno: wrzuca je do systemu Poltax. Ten weryfikuje dane i wychwytuje podstawowe błędy. Co roku „lista przebojów” jest ta sama. Podatnicy zapominają się podpisać lub podać swój NIP. Często też mylą NIP pracodawcy z własnym. Jeżeli deklaracja jest bezbłędna, trafia do działu rachunkowości podatkowej, który potwierdza dane wprowadzone do systemu, po czym przekazuje ją do archiwum. Błędne zaś trafiają albo do działu ewidencji podatników, albo do komórki wymiarowej. Zależy od błędów. Jeżeli są błahe, tzw. rejestracyjne, czyli np. coś nie tak z adresem, NIPem czy literówka w nazwisku — wówczas urząd poprawia je niejako sam. Niejako, bo zmiany konsultuje z podatnikiem. Grzywny za to nie ma. Gorzej, gdy podatnik próbował zachować w portfelu pieniądze, które powinny się znaleźć na koncie fiskusa. Na przykład rozliczył nieprzysługującą mu ulgę, zaniżył podatek lub spóźnił się ze złożeniem deklaracji. Komórka wymiarowa to zweryfikuje, a komórka karnoskarbowa — uderzy po kieszeni.

Lwia część deklaracji trafia do archiwum, a nie do „wymiaru”. Gdy deklaracja spocznie na półce, podatnik może być szczęśliwy. Jest nikła szansa, że fiskus do niej wróci. Może. Ma na to pięć lat, ale zdarza się to rzadko. Bo ilu jest kontrolowanych?

— Nie tak wielu jak podatnikom się wydaje. Skupiamy uwagę na nierzetelnych podatnikach — ujawnia Jacek Przybylski.

Prawda jest taka, że jeżeli podatnik dobrze wypełnił deklarację, fiskus sięgnie po nią do archiwum w naprawdę szczególnych wypadkach. To jedna z tajemnic fiskusa. Urząd skarbowy przyjmuje pewne ramy takiej „archiwalnej” kontroli — na przykład: minimalna kwota podatku. Czyli jaka?

— Tego nie ujawnię, bo możliwe że podatnicy zaczęliby się rozliczać do tej kwoty — mówi poznański naczelnik.

Inne kryterium to choćby konkretna ulga podatkowa. I niekoniecznie któraś z tych najpopularniejszych. Na cenzurowanym są też zazwyczaj ci, którzy otrzymują zwroty podatku. Ale kij ma przecież dwa końce. Czyli że ludzie mylą się też na swoją niekorzyść.

— Zdarza się, że po weryfikacji podatnik dostaje większy zwrot podatku, niż sam sobie wyliczył — potwierdza Przybylski.

Słowem: podatniku, śpij spokojnie, jeżeli nic sobie nie odliczałeś, a jedynie płaciłeś. Ale…

— Czasem zdarza nam się kontrolować także tych, którzy zapłacili podatki i jednocześnie nie skorzystali z odliczeń. Bo a nuż mogliby zapłacić więcej? — mówi Jacek Przybylski.

Od petentów

Urzędniczka urzędu skarbowego do młodego przedsiębiorcy: „Jak pan śmiał w rubryce »Pozostający na moim utrzymaniu« wpisać: IV RP?!”. Taki dowcip. Ale podatnicy różne rzeczy wpisują. Bywa, że „starają się” przechytrzyć fiskusa. Na różne sposoby. Czasem bardzo prymitywne, czasem sprytne i chytre. Ktoś nie ma dzieci, ale odliczy sobie ulgę za dwójkę, ktoś rozlicza się z żoną, której nie ma, inny odliczy ulgę, z którą od dawna już się pożegnał.

— Większość to proste i naiwne sposoby, które od razu wyłapujemy, choć podatnik liczy, że ich nie zauważymy. Pamiętam taki przypadek, gdy w zeznaniu rocznym, złożonym przez współmałżonków zabrakło podpisu żony. Wezwaliśmy męża i staramy się wyjaśnić sytuację. On zdziwiony, mówi, że przecież jest kawalerem. Biuro rachunkowe się pomyliło — przyznaje Przybylski.

A donosy?

— Przeszły do lamusa. Ludzie rzadziej podglądają sąsiadów — śmieje się Przybylski.

Na szczęście. Pewnie porządniejemy.

Jacek Konikowski

Foto: Wojciech Robakowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu