Popularność funduszy inwestycyjnych rośnie, bo praktycznie nie mają one konkurencji. Ich pozycję mogą osłabić certyfikaty indeksowane. Tym bardziej że fundusze mają słabości. Kupując jednostkę funduszu inwestycyjnego, warto pamiętać, że nie cały nasz kapitał pracuje. To wynika z konstrukcji produktu. Fundusze muszą trzymać część pieniędzy na lokatach. W ten sposób zabezpieczają się przed koniecznością przebudowy portfela w razie umarzania jednostek. Efektywnie inwestowane jest tylko 85 do 90 proc. powierzonego kapitału. Zarządzającym też trzeba zapłacić. Zatem kolejne 5 proc. naszego zysku odpada. To właśnie główne argumenty, którymi posługują się zarządzający, gdy ktoś im zarzuca, że mają gorsze wyniki od indeksów.
Ale jest już alternatywa. Od 1 marca na GPW notowane są certyfikaty na New Blue Chip Index (NTX). Certyfikaty są najprostszym instrumentem finansowym, pozwalającym na inwestycje w portfel akcji wchodzących w skład konkretnego indeksu. NTX jest zbudowany z 30 największych spółek pod względem kapitalizacji i płynności z Austrii, Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Rumunii, Bułgarii i Chorwacji. Produkt ten pozwala inwestować w akcje spółek regionu bez dodatkowych opłat. Na razie certyfikaty na indeks NTX mają wadę — brak płynności.
Od debiutu certyfikaty zyskały 1,9 proc. Biorąc pod uwagę, że na rynku szaleje korekta, to całkiem niezły wynik. Najwyższy czas, by ktoś pomyślał o certyfikatach opartych na naszych indeksach, w tym oczywiście MIDWIG i WIRR. Giełda nie wyklucza, że takie instrumenty pojawią się jeszcze w tym roku. Im szybciej, tym lepiej. Fundusze muszą mieć konkurencję.