Pyton, pocisk do haubicy, zjeżdżalnia dla dzieci, krowa, miliony paczek i listów — zanim dotrą do adresatów, trafią tu, do sortowni Poczty Polskiej.
Pędem, ulicą Galopu obok Wyścigów Konnych. Do dawnej fabryki domów, gdzie na dwóch piętrach wielkiej hali materia walczy z czasem. Materia to różna i w kształcie, i w kolorze. Na dole większa, w szary papier zawinięta, na górze mniejsza — w białych kopertach. Wokół furczy i śmiga. Żeby na czas…
— Dzisiaj nie śmiga, bo dzień muzealnika — mówi Paweł pracujący na rampie.
Bo w poniedziałki ponoć luźniej. Ponoć, bo jak o dwunastej zjadą pierwsze ciężarówki z samymi tylko listami z warszawskich skrzynek pocztowych, roboty będzie po pachy. 800 kg listów z 1300 skrzynek każdego dnia. W święta — 4 tony. A jak dojadą listy z urzędów pocztowych i zagranicy, a jeszcze paczki i przesyłki, sortownia zmienia się w 13 hektarów pośpiechu, na których 2 tys. osób na czterech zmianach walczy z czasem. Za pomocą "japończyków".
Tropem Pedigree Pal
List lub paczka zanim trafi do adresata, wpierw zawita tutaj, do centralnej rozdzielni Poczty Polskiej. Oficjalna nazwa brzmi tak tajemniczo, że nawet agent wywiadu nie domyśliłby się, o co chodzi. Z zewnątrz też nic szczególnego, ot, magazyn, rampy, ciężarówki. Poczta to logistyka w najczystszej postaci — odebrać i dostarczyć. Ale widziana od kuchni może zaskoczyć. Zaczynamy. Od rampy. Przyjechał samochód. Paweł rozładowuje. Niebieskie kasety z listami — do windy. Pojadą na piętro. Paczki — na taśmę.
— Nie listy, tylko przesyłki listowe, tak jak nie poczta, tylko urząd pocztowy — poprawia Leonard Tarwacki, stary pocztowiec.
Po chwili na taśmie robi się żółto od pudełek z jedzeniem dla psów, które jedno za drugim znikają w otworze w podłodze, by po chwili wyjechać na drewnianej tacy podajnika sunącego nad głowami kilkanaście metrów dalej. Idziemy tropem pudełek z karmą Pedigree Pal. I o mały włos nie przek- raczamy granicy państwa.
— Do tutejszego oddziału celnego trafiają wszystkie paczki z zagranicy i stąd ruszają w kraj — mówi Tarwacki.
Śledzimy karmę dla psów, która właśnie trafia do wielkiej maszyny sortującej paczki. I pierwsze zaskoczenie — te żółte pudełka to dla pocztowca wcale nie paczki, lecz listy. Obok nich, na taśmie, jadą koperty w foliowych workach. Listy? Nie, przesyłki. Listy to inna bajka. Można zgłupieć.
— Poczta to kilkadziesiąt typów przesyłek: listy, paczki, przesyłki. Druki zwykłe, bezadresowe, przekazy. Priorytetowe lub ekonomiczne. Do tego świadczenia dodatkowe: za pobraniem, z naklejką "ostrożnie", z deklarowaną wartością, z opłaconą odpowiedzią. Mnóstwo tego i każda wymaga innego traktowania. Innego procesu technologicznego. To nie tak, że wystarczy wrzucić wszystko na taśmę i rach-ciach poleci byle gdzie — tłumaczy Tarwacki.
Nasza karma dla psów przejeżdża tymczasem przez jedno z czterech stanowisk przypominających kasy w supermarkecie. Pracownik wstukuje do komputera kod pocztowy przesyłki. Jak się pomyli, cała technologia bierze w łeb i pakunek zamiast do Gdańska trafia do Przemyśla. Dziennie przejeżdża tędy 50-70 tysięcy przesyłek.
— Mogłoby i do 200 tysięcy na dobę, gdyby był automatyczny odczyt adresów z kodu kreskowego — mówi Leonard Tarwacki.
Tyle że na razie nie ma go na wszystkich przesyłkach, dlatego do systemu kod wpisywany jest ręcznie. Może w przyszłości zrobi to komputer od razu na poczcie. Póki co, robi tylko na niektórych.
Żółte paczki (i niech tak już zostanie) ponownie wpadają na drewniane tacki i podajnik wiezie je dalej. Po drodze mijają laserowe oko zawieszone nad taśmą, które jakimś sprytnym sposobem dostrzega adres na przesyłce, skanuje go i znowu magicznym sposobem informuje tackę z przesyłką, co ma z nią zrobić. Czyli gdzie się jej pozbyć. Po kilku metrach tacka robi swoje: bezpardonowo żegna się ze swym ładunkiem, przechylając się i wrzucając go do jednego ze 104 tzw. ześlizgów sortujących, czyli metalowych rynien, którymi paczki zsuwają się do wielkich pojemników. Nad każdym wyświetla się aktualna nazwa dzielnicy lub miejscowości pod Warszawą, do której zawiezie go jeden z doręczycieli. Żółte pudełka co chwila zsuwają się z tacek, lądując w Wołominie, Ząbkach, Pruszkowie, Żoliborzu… I na rampę. I do adresata. Puste tacki suną podajnikiem jeszcze kilkadziesiąt metrów, zanim ponownie trafią na rampę wyładowczą po kolejne przesyłki.
Nieco dalej paczki gabarytowe, wartościowe, przesyłki pobraniowe i paczki zagraniczne. Mozolna robota, bo nadal są segregowane ręcznie.
— Czego tu, panie, nie było! Niedawno stała naturalnych rozmiarów krowa w fioletowe łaty, była deska surfingowa, szafy, wersalki, nawet zjeżdżalnia dla dzieci... Pocztą da się wysłać wszystko — twierdzi Tarwacki, który przez kilkanaście lat pracy niejedno widział.
Układ wydechowy pewnie dotrze na czas. Mandolina też. A szyba samochodowa — w całości.
— Raz mieliśmy paczkę z dwoma pociskami artyleryjskimi kalibru 76 mm — dodaje pocztowiec.
Mijamy paletę załadowaną papierowymi drukami. Biurokracja. Efekt tygodniowej twórczości różnych działów sortowni. Bo na wszystko papier musi być. Nawet w erze komputerów. Wpatrzony w biurokrację ledwo dostrzegam faceta przemykającego obok na widlaku. Blisko i szybko. Chłopak podobny do tego z plakatu wiszącego na ścianie "Po magazynie sobie śmigam. Tylko jak długo".
Podajnik jedzie dalej, widlak ginie za zakrętem, a my idziemy na piętro — do listów.
Japończyk z kopertą
Na parterze rampy, ruch, wszechobecny szum i zgrzytanie maszyn przecinane piskiem widłowych wózków, na piętrze — spokój i cisza, mącona gdzieniegdzie szelestem kopert. Czegoś tu brakuje. Sterty worków wypełnionych listami.
— Bo to nie magazyn, lecz rozdzielnia. Stąd wszystko musi wyjść w ciągu jednego dnia, więc nie ma prawa czekać — mówi Tarwacki.
Więc nie czeka, bo "japończyki" — wielkie niebieskie kombajny do segregowania listów, serce sortowni — robią to, co niegdyś setki rąk i oczu: porządkują chaos, czytają adresy, segregują, oznaczają pomarańczowymi kreskami kodu i pakują listy do skrzynek, z których wyjmie je dopiero listonosz.
— W ciągu doby jedna maszyna sortuje około 400 tys. listów — wyjaśnia Tarwacki.
W tym 800 kg listów, które każdego dnia trafiają tu ze skrzynek w Warszawie i okolicach: 50 tys. kopert.
Japońskie maszyny są tak mądre, że potrafią wydzielić standardowe listy dla każdego z prawie 1,6 tys. listonoszy w Warszawie i okolicach. Można powiedzieć, że z każdym są na ty. Ale czasem inteligencja szwankuje. Co prawda, potrafią przeczytać adres nawet pisany ręcznie, ale dziś jedna z nich miała problem — ktoś albo nabazgrał adres, albo napisał go tam, gdzie maszyna go nie dostrzegła. Musi jej pomóc oko człowieka. W osobnym pomieszczeniu kilkanaście dziewczyn ręcznie wprowadza nieczytelne adresy do systemu.
Na drugim końcu hali znajduje się rozdzielnia krajowych przesyłek priorytetowych. Ruch zaczyna się tu o 14.00 i kończy o 20.00, potem około północy i do rana. O 21.00 posortowane i popakowane w kasety listy jadą na lotnisko, skąd pocztowymi czarterami polecą do Krakowa i Rzeszowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Szczecina, Bydgoszczy i Gdańska. A do sortowni z lotniska przyjeżdża partia "priorytetów" dla Warszawy i okolic. O piątej rano są posegregowane i trafiają do listonoszy.
Chyba że "japończyk" się pomyli. Ale ujdzie mu to płazem. Niech mówią o Poczcie Polskiej co chcą. Od środka wszystko wygląda inaczej. W tym magicznym pudełku, które z zewnątrz wygląda na zwykły magazyn. Jacek Konikowski
Czego tu, panie, nie było! Niedawno stała naturalnych rozmiarów krowa w fioletowe łaty, była deska surfingowa, a nawet zjeżdżalnia dla dzieci.
Słownik pocztowca:
ładunek pocztowy — wszystko,
na czym poczta zarabia i co da się wysłać
przesyłka pocztowa — rzecz opatrzona adresem
odsyłka — zbiór przesyłek w opakowaniu zbiorczym
rozbiór odsyłki — otwarcie, wyjęcie przesyłek z opakowania zbiorczego, porównanie ilości i stanu z dokumentem i wstępne posortowanie
wiązanka — zaadresowane zbiory posegregowanych przesyłek (związanych lub zafoliowanych)
