Symetria miłości, rozsądku i wiary w zwycięstwo. Walczy we Wrocławiu, Londynie, Pradze. Bije się z mitem głupiego i biednego Polaka. Dumny jest.
„Puls Biznesu”: Robi pan interes na czasownikach?
Tomasz Szpikowski: Bardzo nie lubię tego słowa.
Ukute przez polskich studentów zdaje się?
Kiedyś wprowadziła je pewna firma z naszej branży. Dosyć przedmiotowe podejście do sprawy. Dla mnie to przede wszystkim ludzie zatrudnieni w systemie pracy czasowej. To jednak tylko jeden z obszarów działalności firmy. Źródło przychodu to również outsourcing funkcji, merchandising, rekrutacja osób na konkretne stanowiska typu dyrektor finansowy czy dyrektor marketingu. Czuję się trochę jak integrator rynku pracy.
A jak pan się czuje, wysyłając młodych Polaków za granicę?
Ścierają się we mnie dwie myśli. Z jednej strony szkoda, że wyjeżdżają, bo przecież zostali wykształceni przez nasz system edukacji. Tutaj powinni pracować i pomnażać dobro narodowe. Z drugiej: patrząc na przykład Irlandii, budzi się we mnie nadzieja. Czy pan wie, że Irlandia 100 lat temu miała 7 mln mieszkańców. Dzisiaj ma chyba 3,5 mln. Reszta wyemigrowała za chlebem. Ale w Irlandii mieszka obecnie największy odsetek milionerów w stosunku do liczby mieszkańców. Dlatego wierzę, że ci nasi młodzi wrócą do Polski z pieniędzmi i głowami otwartymi na porządny kapitalizm. Patrząc na ten exodus strategicznie, uważam, że ci, co wyjeżdżają wrócą, ale już z zupełnie innym myśleniem.
Wie pan, czym się różni E.T. od Polaka pracującego w Irlandii?
Nie.
E.T. ma rower, umie mówić po angielsku i chce wrócić do domu.
Dobry dowcip. Zapamiętam.
Podoba się panu ten sarkazm?
Powiem tak: oparłem biznes na ludziach wykształconych. Wysyłamy ich m.in. do Niemiec, Anglii, także do Irlandii. W krajach tych jest bardzo dużo chętnych do pracy bez kwalifikacji. Na nich się mówi w Londynie „handy”, czyli tacy, którzy mają rozum, dwie ręce i chęć. Nie potrafię działać na takim rynku. Jest na nim po prostu nadprodukcja tzw. ludzi z ulicy. Oni sami odnajdują pracodawcę i pracują za najniższe stawki. Dlatego skupiam się na osobach po studiach albo ze specjalistycznymi uprawnieniami. To jest mój rynek. Mogę o nim powiedzieć dużo. O Polakach bez wykształcenia wiem tyle że na pewno nie byłby to biznes dla mnie.
Handluje pan żywym towarem. Jak się żyje z taką świadomością?
To nie jest handel, lecz zarządzanie wiedzą i przepływem informacji. Każdy człowiek ma swój potencjał intelektualny. Dzisiaj tę wiedzę transferuję z Polski na rynki zachodnie. Taki mamy status ekonomiczny. Ale wierzę, że za pięć lat, kiedy zakończą się inwestycje, jak te wokół Wrocławia, czyli LG, JVC czy Sharpa, ten transfer zacznie się w dwie strony. Dostosujemy się do poziomu wynagrodzeń w UE, podobnie jak Grecja czy Hiszpania. Za 5-10 lat nasze pensje dorównają stawkom unijnym.
Pociesza mnie pan?
Siebie też, bo wtedy będę transferował wszędzie, czyli z Zachodu na Wschód i z Północy na Południe. Za 10 lat Europa stanie się wielkim terminalem. Ludzie będą zmieniać miejsce zamieszkania i zatrudnienia zależnie od zapotrzebowania na ich wiedzę. Chciałbym mieć w każdym europejskim kraju przedstawicielstwo i stworzyć pierwszy polski koncern zapewniający ludziom pracę w całej Europie. To cel mojej działalności.
Gdzie pan już jest?
Słowacja, Czechy, Wielka Brytania, Niemcy, Holandia, Rosja i potencjalnie Ukraina.
Który z tych rynków najbardziej pan lubi?
Biznesowo bardzo mi się podoba Londyn. Ten strumień pieniądza. Tam kapitał pracuje i pachnie trochę Nowym Jorkiem. Londyn nie jest do końca europejski. Londyńczycy zachowują się trochę jak Amerykanie. Ich styl pracy jest taki niezwykły. Tam się uczę. A najlepiej czuję się chyba w Pradze. Stosunek Czechów do Polaków jest bardzo pozytywny. Mit Polaka kombinatora już tam nie funkcjonuje. Bardzo sympatycznie, tak bym określił klimat.
Myślałem, że w Polsce jest najfajniej, a pan tu z Londynem i Pragą wyjeżdża.
No, i złapał mnie pan. Oczywiście, że w Polsce jest mi najlepiej, bo tu osiągam najlepsze wyniki, tu jestem liderem rynku. Ale to dla mnie tak naturalne, że chyba nie trzeba o tym mówić. Tutaj jest moje serce — to prawda. Ale firmę trzeba cały czas rozwijać, inwestować i budować. Celem jest Europa.
Powiedział pan kiedyś w „Pulsie”: „w życiu każdy powinien robić to, w czym jest mistrzem świata. Pan jest mistrzem świata w tym, co pan robi?
Tak myślę.
A gdy pan zaczynał w 1999 r. z 4 tys. zł w kieszeni, to też pan tak myślał?
Nigdy nie myślałem, że będę zarządzał 20 tysiącami osób dziennie. Nie mieściło mi się to w głowie. Potrafiłem sobie wyobrazić firmę zatrudniającą 100 osób i wiedziałem, że dam radę. Ale menedżer dorasta wraz ze swoim biznesem. Zacząłem go rozwijać na trzecim roku studiów. Początkowo zatrudniałem znajomych z roku. Wielu z nich pracuje ze mną do dzisiaj, bo się zmienili, nadążyli, byli innowacyjni i wzbogacają firmę swoją osobowością. Część musiała odejść, bo nie nadążyła za zmianami. Dobry menedżer powinien wyprzedzać rozwój swojej firmy, mieć wizję i nigdy się nie zatrzymywać.
Tomasz Misiak, z którym razem zakładaliście Work Service, powiedział rok temu: „ten rok chcemy zakończyć w pięćsetce największych firm w Polsce, w pięć lat będziemy największym koncernem usługowym i outsourcingowym Europy Środkowej. W 15 lat nastąpi atak na resztę kontynentów. Podbijemy świat!”. Nie sądzi pan, że przesadził?
W pierwszej pięćsetce jesteśmy. W tym roku osiągniemy wynik finansowy najlepszy w historii firmy. W przyszłym chcemy wejść na giełdę. Co do roku 2008: będziemy integrować rynek i przejmować małe firmy. Jeśli nie zwolnimy tempa rozwoju, a od momentu powstania nigdy nie zwolniliśmy poniżej 40-50 proc. rocznie, to wszystko jest do zrobienia. Są dwie przyczyny sukcesu: pierwszy — finanse i drugi — ludzie. Jeżeli będę miał oba jednocześnie, to wygram. Zakładam, że kapitał będę miał, bo po to przecież prowadzi się biznes. Jeśli do tego wyszkolę kadrę tak, by potrafiła integrować i zarządzać przejętymi przedsiębiorstwami, to wszystko jest do zrobienia. Teraz bardziej zwracam uwagę nie na to, by zostać największym w Europie. Chcę być najlepszy. Na razie interesuje mnie biznes zyskowny średniej wielkości. Nie chcę być kulejącym olbrzymem.
Ile pan ma lat?
31.
I rok temu na łamach „PB” wygadywał pan takie rzeczy: „po godzinach myślę o firmie i mam wizję jej rozwoju. Chciałbym skompletować najlepszych dyrektorów na świecie, aby najlepszą spółkę na świecie wprowadzić na giełdę — to jest mój cel, to jest mój czas”. Przecież to jakaś megalomania wieku przekwitania.
Firma to ja. Jeśli pan buduje firmę, to w wolnym czasie nie pracuje pan operacyjnie, tylko zaczyna układać strategię. Myśli pan, patrząc z góry, o tym, co zrobić, żeby to jeszcze lepiej funkcjonowało. Jeżeli ma pan takie podejście w biznesie, które mówi: pracuj z najlepszymi, otaczaj się najlepszymi, działaj tak, by osiągnąć sukces, wtedy można powiedzieć rzeczywiście, że się pracuje na okrągło. Bardzo ważne są oczywiście kwestie rodzinne i zachowanie pewnej równowagi w życiu. Ale człowiek cały czas jest pochłonięty pracą. Myślę, że tak ma każdy przedsiębiorca w Polsce, który jest właścicielem.
Strasznie się pan wczuł w rolę. Jak bym nie wiedział, że pan pracuje od początku we własnej firmie, to bym stwierdził, że panu nieźle mózg wyprali w jakiejś zachodniej korporacji. A może pan się jakichś cudownych amerykańskich podręczników o zarządzaniu naczytał?
Wie pan co? Tak mówi człowiek, który czuje się odpowiedzialny za zatrudnianych ludzi. I teraz tak: na tyle jesteś silny, na ile najsłabszy jest twój dyrektor. Wiadomo, że to menedżerowie zarządzają firmą. Właściciel — lider to osoba, która musi zapewnić im bezpieczeństwo. Jeśli sprawia, że czują się bezpiecznie, to znaczy, że okręt płynie we właściwym kierunku.
„Na tyle jesteś silny, na ile najsłabszy jest twój dyrektor”? Z ręką na sercu: gdzie pan to wyczytał?
Nigdzie. To moje. Tak myślę i jestem o tym przekonany.
W wolnym czasie gra pan w tenisa?
Trzy razy dziennie.
Grając też pan myśli o firmie?
Wtedy toczę przede wszystkim psychiczny bój z przeciwnikiem. To walka na trochę innym poziomie. Ale dużo zasad z tenisa można odnieść do biznesu.
Tocząc bój z przeciwnikiem po drugiej stronie siatki, wyobraża pan sobie czasami, że to pański konkurent z branży?
Rzeczywiście czasami tak jest. Wtedy po prostu lepiej idzie, do przodu.
Zalatuje patosem na kilometr.
Ale niech pan się nie zraża. To taka wiara. Jeśli się wierzy, że to, co się robi, jest wielkie i ma się świadomość naprawdę świetnego zespołu ludzi, to power musi być. Zapraszam do firmy. Zobaczy pan pracownika centrali przechodzącego korytarzem. On ten power ma. Tylko na zasadzie połączenia serca, umysłu, wiary i walki można odnieść zwycięstwo. Proszę sobie wyobrazić, że nigdy nie mieliśmy specjalnego know-how na biznes. Wszystko robimy intuicyjnie. Nam nikt nie powiedział, jak ma wyglądać system zarządzania 20 tysiącami pracowników. My go po prostu autorsko budujemy. Czasami się popełnia błędy, ale jak jest duch w zespole, to mimo porażek, wojnę się wygrywa.
Jak w sekcie jakiejś.
Pamięta pan otwierającą scenę bitwy w filmie „Gladiator”?
Najlepsza scena tego filmu, potem się scenariusz posypał.
To właśnie ten klimat. Mówi pan do swoich ludzi, że nie wszyscy przetrwają, że niekoniecznie wszyscy z tej wojny wrócą, ale jak dochodzi do bitwy, to wszyscy stają murem za panem — jak jeden mąż. To naprawdę działa. To kwestia autentycznej, pozytywnej motywacji, a nie takiej wtłaczanej — „amwayowej” czy jakiegoś innego rodzaju fanatyzmu. Przecież to nie polega na tym, żeby tych ludzi wyprać. Oni sami z siebie muszą mieć świadomość i chęć. Oni tego nie kupią, jeśli im to będzie narzucone.
Jak pan już zasuwa tym „Gladiatorem”, to zapytam tak: z kim pan toczy ten bój?
To jest tak: grupa ludzi z młodego pokolenia (średnia wieku 29-30 lat — tyle mamy lat w zespole) opanowała rynek starych koncernów europejskich. One są od nas lepsze pod względem know-how, bo pracują na wielkich systemach, takich jak na przykład SAP. Są potężne finansowo — na dobrą sprawę bez ograniczeń. Mają ponad 40 lat doświadczeń. Wszystko wskazuje na to, że powinny być lepsze w starciu z nami. A jednak nie są. Jeśli mówię, że idę na wojnę, to nie przeciwko komuś. Zawsze się mówiło, że Polak jest głupi i biedny. Biję się, by pokazać, że Polacy to mądry i inteligentny naród. To mnie napawa dumą.
Rozmowa z Tomaszem Szpikowskim, prezesem spółki Work Service
