Futbol to - mimo wszystko - najlepszy model

Robert Korzeniowski
opublikowano: 24-04-2009, 00:00

W polskim sporcie trudno mówić o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Gdy są sukcesy, każdy chce przypisywać sobie ich część. Gdy przychodzą niepowodzenia — winni są wszyscy dookoła, tylko nie zawodnik, trener, lekarz czy działacz.

Gdy jest sukces, to jest też cudowny trener, poświęcający się lekarz i masażysta, działacze w związkach — całe struktury — i genialny zawodnik, zdobywca medalu. Wszystko jest świetnie. Nie ma żadnej odpowiedzialności, tylko ekipa sukcesu. A komentarz zawodnika, który przegrywa albo nie jest do końca zadowolony ze startu? Najczęściej: "Nie wiem, co się stało, zrealizowaliśmy plan, trener ustalił program, lekarz wszystko sprawdzał i było dobrze". Czyli podświadomie przerzuca odpowiedzialność na zespół, który przygotowywał go do startu. Z kolei członkowie tego zespołu zaczynają się zastanawiać, czy zawodnik psychicznie podołał zadaniu. Szukają więc winy nie po swojej stronie. Trener zastanawia się nad stanem zdrowia sportowca, a lekarz, czy aby nie poświęcono zbyt mało czasu na szlifowanie jakichś elementów technicznych.

Wiele kontrowersji wzbudziła przedwczesna śmierć Kamili Skolimowskiej. Szukamy odpowiedzialnych za niewykrycie zakrzepicy, niezareagowanie w odpowiednim momencie. Zastanawiamy się, czy odpowiedzialność ponosi lekarz prowadzący, lekarz reprezentacji, masażysta, który był na miejscu i jeszcze wykonał masaż tuż przed zgonem, czy też zawodniczka, która za bardzo chciała i czegoś nie sygnalizowała. Natomiast gdy dochodzi do wykrycia niedozwolonych środków dopingujących, to mówi się tylko o odpowiedzialności zawodnika. Zapomina się zaś, że jest grupa ludzi, która nadzorowała trening, czytaj: odpowiadała za pompowaną ,,koksem" formę sportowca.

W naszym sporcie w ogóle nie mamy jasnych struktur hierarchicznych. A przecież, jeśli podejmujemy się biznesu, jakim jest sport, to tak jak w każdym innym działaniu trzeba zacząć od wyznaczenia kompetencji i sposobu ich weryfikowania. Jeśli strona kontraktująca — zawodnik lub częściej tzw. góra — nie wie za bardzo, czego chce, to odpowiedzialność zawsze będzie rozmyta i przerzucana na innych. I w większości dyscyplin nie wiemy, za co dokładnie odpowiada szef szkolenia związku, szef kadry czy prezes. Spójrzmy chociażby na sytuację w Polskim Związku Narciarskim. Trener kadry ucieka od odpowiedzialności za przygotowanie najlepszego zawodnika, bo jest ktoś inny, kto się w to angażuje. Prezes związku mówi, że za przygotowanie całej kadry odpowiada jej trener, a tamten drugi tylko szlifuje pewne elementy kunsztu mistrza. Przy czym sam prezes chce być nadtrenerem.

Klasycznym przykładem rozmycia odpowiedzialności na najwyższym szczeblu jest rola Ministerstwa Sportu i Polskiego Komitetu Olimpijskiego. W roku 2004, po igrzyskach w Atenach, szefujący PKOl Stefan Paszczyk jeszcze przed powrotem do kraju zapowiadał dymisje w związku z kiepskimi wynikami naszej reprezentacji. W samolocie jednak zmienił zdanie i zaczął mówić, że za przygotowania odpowiada ministerstwo i podległe mu fede-racje sportowe, a nie PKOl. Tyle że jeśli naród i sponsorzy są zadowoleni, to PKOl jest pierwszy w przypisywaniu sobie wszystkich zasług. Zresztą, ministerstwo też. Ale gdy nie idzie, to wskazuje na PKOl, który co prawda ustala kryteria kwalifikacji olimpijskich i tym samym decyduje o wysyłaniu zawodników, ale na ich przygotowania bezpośrednio nie wpływa.

Nie jest to wyłącznie nasza specyfika. We Francji i w Niemczech jest podobnie. Ale już we Włoszech czy w Meksyku są instytucje, które łączą funkcje ministerstwa sportu i komitetu olimpijskiego. Odpowiadają za selekcję, wyposażenie drużyny, promocję idei olimpijskiej i przygotowanie zawodników. Nie ma więc wątpliwości, że ich szefowie ponoszą odpowiedzialność za wyniki startów.

Uprawiający inne dyscypliny czują się rozgoryczeni zarobkami choćby przeciętnych piłkarzy. Ale piłka nożna to jedyny sport, w którym jest jakaś odpowiedzialność wszystkich stron zaangażowanych w realizację celów sportowych. Wystarczy jeden lub dwa przegrane mecze i już mamy zmianę trenera, jego asystenta lub odsunięcie od gry zawodnika. Czasami te ruchy wydają się zbyt nerwowe, ale — powiedzmy sobie szczerze — futbol jest najbardziej skomercjalizowanym sportem i nikt nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek straty. Owszem, mamy tam karuzelę stanowisk. Ci, którym nie udało się w jednym klubie, dostają szansę w innych. Ale — niezależnie od zainfekowania tego biznesu korupcją — lepszego modelu nie wymyślono. Weryfikacja trenerów i drużyn następuje co kilka dni, a bezwzględna tabela pokazuje, za jakie pieniądze grają poszczególne kluby. A kto trzyma kasę, ten ma władzę. Może rozliczać pozostałych.

I tak powinno być także w innych dyscyplinach. Owszem, mamy niekończącą się historię spodziewanych dymisji Leo Beenhakkera, choć w gruncie rzeczy jego przypadek potwierdza tylko regułę osobistej odpowiedzialności za projekt. Niezakwalifikowanie się do mundialu to strata ogromnych pieniędzy. Nikt zatem nie pali się do przejęcia odpowiedzialności za rozchwianą kadrę, bo nikt nie chce być rozliczany za nie swoje grzechy pod koniec kwalifikacji. Wtedy nie będzie już czasu na odsuwanie odpowiedzialności. Zwycięzca weźmie wszystko. A przegranego ,,wezmą diabli". l

Robert Korzeniowski: W piłce nożnej weryfikacja trenerów i drużyn następuje co kilka dni. A kto trzyma kasę, ten ma władzę. Może rozliczać pozostałych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu