Gaz w szarej strefie

Jacek Konikowski
opublikowano: 2004-10-15 00:00

W Polsce można sprzedawać fatalnej jakości gaz do samochodów w majestacie prawa. To naprawdę świetny interes!

„Puls Biznesu”: Dlaczego na jednych stacjach sprzedaje się autogaz, a na innych — np.: Orlenu — LPG? Czy to dwa różne paliwa?

Bohdan Szamota, główny specjalista Państwowej Inspekcji Handlowej: Zgodnie z prawem — ściślej: z zaakceptowaną w Polsce normą PN-EN 589 — gaz LPG musi spełniać pewne wymagania jakościowe, a dystrybutory należy odpowiednio oznakować (biała tablica z czarnymi literami LPG, umieszczona na odmierzaczu). Każda stacja, na której nie ma takiego symbolu, informuje tym samym, że sprzedaje także gaz inny niż LPG.

Czyli jaki?

O innych parametrach niż LPG — to znaczy znacznie gorszych, niezgodnych z podaną już normą. Ta określa bowiem, że paliwo o nazwie LPG to mieszanka propanu i butanu w dopuszczalnych proporcjach, 40 do 60 (propanu musi być minimum 40 proc.). Norma mówi również o maksymalnej zawartości wody, siarki i wielu innych składników.

Skoro jest norma, to dlaczego większość sprzedawców z uporem woli handlować kiepskiej jakości autogazem niż dobrym jakościowo LPG?

Dobre pytanie... Bardzo mało stacji w Polsce — góra 10 procent — ma prawidłowe oznakowanie informujące, że sprzedają odpowiedniej jakości gaz o nazwie LPG. Właściwie chyba tylko na stacjach PKN Orlen i kilku innych koncernów dystrybutory tak się znakuje. Takich symboli nie ma jednak w większości małych, prywatnych stacji, a nawet na stacjach niektórych zachodnich koncernów. Z czego to wynika? W mojej ocenie sprzedawcy wiedzą, że gaz, który proponują, nie spełnia wymogów normy. A postępują tak, aby uniknąć konsekwencji, związanych ze złą jakością oferowanego gazu. Gdyby na stacji znalazło się oznakowanie informujące kierowców, że mogą tu kupić gaz LPG, a jej właściciel nalewałby paliwo gorszej jakości, to posiadacz pojazdu mógłby dochodzić swoich roszczeń... Wystarczy bowiem, że klient, któremu zła jakość gazu uszkodzi instalację gazową lub wywoła nadmierne zużycie paliwa, uprze się, pobierze próbkę i odda ją do laboratorium, a to, co kupił nie jest wcale LPG — wówczas sprzedawcy trudno bronić się przed zarzutem świadomego oszustwa przed sądem, gdyż oznakowanie odmierzacza literami LPG jest „wystawieniem charakterystyki jakościowej”. I wystarczy, że klient z wynikami badań przyjdzie do Państwowej Inspekcji Handlowej i powie: „Panowie, ktoś mnie oszukał, bo deklarowano, że to gaz LPG, tymczasem to jakieś świństwo, a nie żaden LPG, bo ekspertyza wykazała, że jest w nim np. 20 procent propanu, 80 butanu, do tego metan i cała masa różnych związków węglowodorowych”. Taki klient na 100 procent wygra w sądzie! Większość sprzedawców wie, że oferowane przez nich paliwo jest gorszej jakości i nie spełnia określonych wymogów, nie sprzedaje go pod szyldem LPG, ale — na przykład — autogaz, gaz czy supergaz.

Chce Pan powiedzieć, że na rynku oferowane są dwa rodzaje tego samego paliwa: jedno dobrej jakości i drugie — chrzczone?

Wszystko na to wskazuje. Sprzedaje się jeden produkt, ale o diametralnie różnych jakościach. Bardzo mało stacji rozlewa gaz o jakości zgodnej z normą. Co gorsza: robią to celowo, bo gaz LPG jest droższy.

Wiadomo, że można chrzcić etylinę czy olej napędowy, ale gaz? Przecież jest pod ciśnieniem!

Fakt, manipulować przy gazie dużo trudniej niż przy innych paliwach. Ale to możliwe. Gazu nie chrzci się, jak olej napędowy czy benzynę. Proceder ten polega na zmianie proporcji dwóch podstawowych składników: butanu i propanu. Kruczek w tym, że pierwszy jest dużo tańszy od drugiego. Wystarczy zmienić proporcje, by sporo zarobić na różnicy cen. W chrzczonym gazie jest więc więcej butanu, a mniej propanu, co odbija się na pracy silnika, a zwłaszcza — na zużyciu paliwa: im go mniej, tym silnik gorzej ciągnie, ma mniejszą moc. Instalacja jest tak inteligentna, że potrafi sama dobrać proporcje — ale kosztem ilości, gdyż musi pozyskać więcej paliwa, by zyskać właściwą mieszankę propanu i butanu.

Mówimy zatem o szarej strefie w autogazie?

Tak. Jej rozmiar jest olbrzymi. Polska Organizacja Gazu Płynnego szacuje, że 50 procent rynku dystrybucji gazu propan-butan w Polsce to właśnie szara strefa.

Co druga stacja sprzedaje chrzczony gaz do samochodów?

Wiadomo, że skala zjawiska jest zastraszająca — tyle że nie wiadomo jak bardzo, gdyż otrzymujemy też sygnały o napełnianiu pojazdów gazem bezpośrednio z cystern — przez dystrybutorów działających w szarej strefie. Zwróćmy uwagę, że wielu przedstawicieli szarej strefy paliwowej — wskutek uciążliwości związanych z kontrolą jakości paliw ciekłych — przeniosło działalność do dystrybucji gazu propan-butan.

Skąd się bierze ten lewy gaz?

Istnieją dwa spsoby pozyskiwania gazu. Gaz propan-butan można pozyskiwać ze źródeł geologicznych, ale można go też otrzymywać w drodze procesu rafinacji. Gaz gorszej jakości trafia do nas z rafinerii bądź jest „uszlachetniany” przez niektórych dystrybutorów. Główny kierunek, z którego jest sprowadzany, to Wschód — ze złóż w Tatarstanie oraz z rafinerii na Litwie, Ukrainie i Białorusi. Już wychodząc od producenta, często zawiera za dużo wody, siarki, węglowodorów nasyconych i nie spełnia wymogów jakościowych stawianych LPG. Jeżeli ktoś dodatkowo jeszcze zmieni proporcje składników, to wychodzi paliwo jedynie z nazwy przypominające gaz LPG. Szara strefa sprzedaje go po znacznie niższej cenie — wprost z cystern. Wiem na przykład, że na szosie poznańskiej, między Ożarowem a Sochaczewem działają okazjonalne punkty dystrybucji gazu, gdzie tankowanie odbywa się wprost z autocystern — za pomocą dorabianych urządzeń.

Czy na stacjach dużych i znanych koncernów również można kupić kiepski gaz?

W tej chwili jedynym koncernem, który daje certyfikat jakości na swój gaz jest PKN Orlen. Większość koncernów sprzedających gaz na swoich stacjach w Polsce sprowadza go ze Wschodu.

Twierdzi Pan, że jest mnóstwo stacji sprzedających chrzczony gaz, że trafia on przez granice państwową, wiadomo nawet gdzie — i jak działa szara strefa. Skoro tak wiele Pan wie, to dlaczego lewy gaz nadal można kupić nawet w centrum Warszawy? Gdzie kontrole, mandaty, sprawy w sądzie?!

W tym problem! Nie możemy nic zrobić, mamy związane ręce. Zarzuca się Państwowej Inspekcji Handlowej, że nie prowadzi kontroli stacji autogazu i — tym samym — nie dba o interesy prawie 2 mln kierowców. Tymczasem jesteśmy organizacyjnie przygotowani do takich kontroli, ale dziś... nie ma systemu prawnego, pozwalającego nam na ich przeprowadzanie. Nie ma ustawy, regulującej wszystkie aspekty takich kontroli. Musi nastąpić nowelizacja przepisów o monitorowaniu i kontroli jakości paliw ciekłych, dająca ministrowi gospodarki delegację do wydania 3 rozporządzeń. Pierwszego — ustalającego wymagania jakościowe dla gazu LPG, drugiego — o metodzie badania w laboratoriach akredytowanych i wreszcie trzeciego — określającego sposoby pobierania próbki z dystrybutora. W benzynie to już załatwione — i działa, bo kontrole jakości tych paliw bardzo ograniczyły szarą strefę, o czym może świadczyć chociażby radykalne ograniczenie importu produktów do „uszlachetniania paliw”.

A nie wystarczy po prostu zmienić w obowiązującej ustawie o monitorowaniu jakości paliw wyrazu „ciekłe” na „płynne”? Przecież gaz jest paliwem płynnym — jak benzyna i olej napędowy?

Oczywiście, że tak! Nam zależy na tempie. Wiadomo, że Sejm wkrótce kończy kadencję, dlatego nie proponujemy nowej ustawy, lecz zmiany w już obowiązującej.

Wcześniej mówił Pan, że jest już norma PN589, określająca jakość LPG. Nie wystarczy jej przestrzegać?

Po wejściu Polski do Unii normy przestały być obligatoryjne. Sprzedawcy na stacjach mogą się do nich stosować albo nie — ich wybór. I nikt nie może wyciągać za to konsekwencji.

Chce Pan powiedzieć, że lewy gaz sprzedaje się w majestacie prawa?

Niestety, tak. Możemy się przyczepić jedynie do tych sprzedawców, którzy otwarcie deklarują, że sprzedają gaz zgodny z normą, czyli LPG. Jeżeli stwierdzimy, że LPG to w rzeczywistości „mieszanka propanu i butanu oraz innych niedozwolonych związków”, wówczas dopiero możemy podjąć rozmowy z przedsiębiorcą, wskazując na popełnienie oszustwa... I to sprawa — z reguły — wygrana! Dlatego sprzedawcy wolą deklarować sprzedaż autogazu. Na szczęście mamy wielu sojuszników w walce o wprowadzenie kontroli jakości oferowanego gazu, bo tylko one mogą dziś skutecznie ograniczyć rozmiar szarej strefy.

To trzeba mieć sojuszników, by walczyć z szarą strefą?

Trzeba. Bo nie wszyscy uważają, że należy kontrolować jakość autogazu. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Polska Organizacja Gazu Płynnego przejawia niechęć do takich kontroli. Przecież kontrole paliw na stacjach benzynowych sprawiły, że niemal zanikł import środków ropopochodnych do chrzczenia paliw przez szarą strefę. A poza tym... Dzięki sojusznikom można szybciej przeprowadzić proces legislacji — stworzyć system umożliwiający kontrole. Wspiera nas Koalicja Na Rzecz Autogazu, czyli stowarzyszenie przedsiębiorców montujących instalacje gazowe w samochodach. Dlatego, że klienci zgłaszają do nich pretensje, gdy źle pracuje instalacja. Zazwyczaj jednak wynika to nie z powodu złego montażu, lecz złej jakości paliwa. Wspierają nas również przedsiębiorcy montujący urządzenia na stacjach paliw, gdyż fatalna jakość gazu wpływa na stan instalacji, którą trzeba częściej serwisować. Straż pożarna popiera nas zaś z powodu zagrożenia, jakie niesie niskiej jakości gaz — poprzez korozję, a tym samym rozszczelnienie urządzeń gazowych, stwarzające wielkie zagrożenie wybuchem. Zauważmy, że posiadaczy samochodów na gaz ciągle przybywa, odkąd do Polski można sprowadzać bez ograniczeń wiekowe auta.

A kto jest przeciw?

Oficjalnie nikt, ale wiemy, że w zawoalowany sposób bronią się przed wprowadzeniem kontroli ci, którzy go sprowadzają, wiedząc, że to nie gaz, który odpowiada normie jakościowej. A więc — poza Orlenem — wszyscy główni importerzy i dystrybutorzy gazu w Polsce.

Nawet duże koncerny jak Gazpol, BP czy Shell?

Nie mówią nie, ale nie mówią też tak. Twierdzą, że kontrola jakości gazu jest niepotrzebna. Może zdają sobie sprawę, że ich gaz nie jest przedniej jakości i że kontrole by to potwierdziły.

To dlatego POGP nie jest zachwycona pomysłem kontroli gazu?

Powiem tylko, że to organizacja skupiająca importerów gazu.

Skoro mamy szarą strefę w gazie, to czy rząd coś robi, by ją krok po kroku likwidować?

Ministerstwo Gospodarki zwróciło się już do UOKiK z pytaniem, czego potrzeba, by gaz również mógł być kontrolowany. Sądzę, że resort rozumie i docenia wagę problemu...

A pamięta Pan, ile czasu minęło, od chwili gdy ministerstwo zainteresowało się szarą strefą w paliwach do momentu wprowadzenia kontroli na stacjach benzynowych? Wieki! Czy to samo czeka szarą strefę w gazie?

Z paliwami płynnymi było łatwiej, bo o potrzebie ich kontroli zaczęliśmy mówić w 1995 roku i zbieraliśmy wiedzę do 2003 roku. Polska musiała też implementować dyrektywę Unii, obligującą wszystkie państwa członkowskie do monitorowania jakości paliw — i to nadało ustanowieniu dobrych przepisów olbrzymiego przyspieszenia. W sprawie gazu nie ma takiej dyrektywy, ale myślę, że presja społeczna wymusi szybkie kontrole, bo chodzi o bezpieczeństwo i kierowców, i pracowników zatrudnionych przy obsłudze urządzeń. A nadrzędnym celem tych kontroli jest ochrona środowiska oraz interesów gospodarczych państwa.

Czyli przez kilka lat szara strefa może spać spokojnie?

Myślę, że sprawy potoczą się szybciej niż z paliwami ciekłymi. Koalicja Na Rzecz Autogazu zgłosiła już do Ministra Gospodarki propozycje legislacyjne.

Ile na szarej strefie traci budżet państwa?

Nikt tego jeszcze nie policzył, ale budżet państwa traci ewidentnie, bo sprzedaż chrzczonego gazu bardzo często odbywa się poza ewidencją, z pominięciem akcyzy i podatków. Proszę tylko pomyśleć, istnieje ponad 4,5 tys. stacji paliw oferujących autogaz, a nie wiemy, ile jest punktów sprzedaży działających nielegalnie.

Część lewego gazu musi więc trafiać do Polski bez odprawy celnej, na lewo. Czy mam rację?

Czy na Zachodzie też jest szara strefa w gazie?

W Europie nie opłaca się iść na skróty, bo to kosztuje wielokrotnie więcej niż ewentualny zysk ze sprzedaży chrzczonego gazu.