Gdzie dwóch się bije

Małgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 2006-06-08 00:00

Walczą o pieniądze i miejsca pracy. Czasem, zgodnie z porzekadłem, korzysta ten trzeci. Jak Stargard Szczeciński z koncernem Bridgestone.

Gorzów Wielkopolski i Zielona Góra lubią się tak samo jak Bydgoszcz i Toruń. Czyli wcale. To dlatego rząd Jerzego Buzka przy okazji reformy administracyjnej w 1999 r. potraktował oba miasta specjalnie: w Gorzowie ulokował siedzibę wojewody, a w Zielonej Górze — władze samorządowe. Ostatnio Zielona Góra zyskała sojusznika — Nową Sól.

Poszło o TPV Technology, tajwańskiego producenta monitorów LCD. Zastanawia się on nad lokalizacją fabryki. Inwestycja warta 140 mln euro stworzy 4 tys. miejsc pracy. 15 czerwca Tajwańczycy zdecydują, czy wybiorą Czechy czy Gorzów Wielkopolski.

— A mogli być u nas — mówi Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.

Decyzje polityczne

Kilka tygodni temu firma zapowiedziała, że przyjedzie do jego miasta. Goście mieli przybyć w czwartek, ale w środę wieczorem poinformowali, że się nie zjawią, bo źle zabukowano bilety i zapowiedzieli się za tydzień.

— Za tydzień powiedzieli nam, że jadą do Gorzowa. Dlaczego? Proszę się domyślić. Nie mieliśmy nawet szansy pokazać, że jesteśmy najlepsi — denerwuje się prezydent Tyszkiewicz.

W Gorzowie tłumaczą to inaczej.

— Tajwański inwestor spędził u nas dwa dni. Stwierdził, że nie ma sensu jechać do Nowej Soli, gdzie jest tylko 50 tys. mieszkańców — mówi Tadeusz Jędrzejczak, prezydent Gorzowa Wielkopolskiego, w którym mieszka 125 tys. osób.

Krzaki nie dla Japończyka

Oba miasta starały się też o inwestycję Bridgestone. Firma za 200- -300 mln euro buduje fabrykę opon. Zatrudni w niej 800 osób. Ten projekt pojawił się pół roku temu. Wcześniej, na początku 2005 r., Bridgestone szukał miejsca dla fabryki opon do samochodów osobowych. Z 30 polskich lokalizacji na końcu została tylko Nowa Sól. W grę wchodziły jeszcze Węgry. Kiedy do Nowej Soli miał przyjechać Shigeo Watanabe, druga osoba po Bogu w Bridgestone, w mieście ogłoszono powszechną mobilizację. Inwestor powiedział, że nie chce odwiedzać urzędu, lecz zobaczyć działkę.

— Co robimy? Rozstawiamy wielkie namioty z napisem „Nowa Sól”. Podłączamy generator prądu. Kupujemy telewizor plazmowy. Robimy prezentację. Na sztalugach malarskich w antyramach umieszczamy mapy. Zamawiamy firmę kateringową. Ustawiamy toi-toie, bo przecież ten drugi po Bogu Japończyk nie będzie leciał w krzaki. Ustawiamy urządzenia do mycia rąk, szczotki do czyszczenia butów. Z lotniska wieziemy gości pod eskortą, na sygnale. Załatwiłem, że na wszystkich skrzyżowaniach policja wstrzymywała ruch, bo inwestor miał spędzić u nas tylko trzy godziny, więc każda minuta się liczyła. Dograliśmy wszystko w najdrobniejszych szczegółach — relacjonuje prezydent Tyszkiewicz.

Zaimponowali wtedy nawet Sebastianowi Mikoszowi, wiceprezesowi Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

— To było bardzo profesjonalnie przygotowane. Pamiętam, że w namiocie wojskowym zorganizowano też spotkanie techniczne z inżynierami. Wiał straszny wiatr. Strażnicy miejscy trzymali kołki namiotu, żeby nie odleciał — wspomina Sebastian Mikosz.

Jednak wówczas Bridgestone wybrał Węgry.

Bo mają port

Po pół roku Nowa Sól dostała sygnał z Agencji, że pojawiła się szansa na fabrykę opon do autobusów. Tym razem inwestor potrzebuje 50 ha w kwadracie. Działka przygotowana poprzednim razem się nie nadaje. Przyszykowali więc nową, obok drogi S3. Zobowiązali się w rok doprowadzić wszystkie media.

— I ni stąd, ni zowąd obok Nowej Soli pojawia się lokalizacja w Gorzowie i w Stargardzie Szczecińskim. I nagle wygrywa Stargard. Dlaczego? Skąd? Dotąd nie wiemy. Może chodzi o port, choć cały czas była mowa o transporcie samochodowym — zastanawia się prezydent Nowej Soli.

Odpowiedź zna kolega z Gorzowa.

— Bridgestone był i u nas, zresztą trzy razy. Przygotowaliśmy dla niego specjalną nieruchomość, ale Agencja Restrukturyzacji Przemysłu bardzo naciskała, żeby to był Stargard Szczeciński — mówi Tadeusz Jędrzejczak.

Inne zdanie ma anonimowy rozmówca związany z Nową Solą.

— Bridgestone był w Gorzowie półtora roku temu. Zastał suto zastawiony stół, dużo wódki i polityków obiecujących, że mogą wszystko załatwić. Inwestor się wręcz obraził i powiedział, że więcej do Gorzowa nie pojedzie — twierdzi nasz informator.

Znają się czy nie

Prezydent Nowej Soli nie potwierdza otwarcie, że w Gorzowie nie potrafią dbać o inwestorów.

— My po prostu mamy inny styl. Jesteśmy profesjonalistami — podkreśla Wadim Tyszkiewicz.

— Bzdura. Już dwa razy nam wystraszyli inwestorów. Była kiedyś firma u mnie, a potem pojechała do Nowej Soli. Następnego dnia artykuł w gazecie, prezydent Tyszkiewicz podał nazwę firmy. Inwestor się rozmyślił — ripostuje prezydent Gorzowa.

A kto ma lepsze działki?

— My mamy doskonałe, w pełni uzbrojone tereny inwestycyjne z małymi różnicami poziomów, podczas gdy u innych dochodzą one nawet do 10 metrów. Ale działka to nie wszystko. Bardzo ważny jest potencjał ludzki. I tu też jesteśmy liderem. W odległej o kilkanaście kilometrów od strefy Zielonej Górze jest uniwersytet i ponad 20 tys. studentów, więc mamy też bardzo dobrze wykształconych ludzi — zachwala prezydent Nowej Soli.

— W Gorzowie jest kilka działek. Nierówności można zniwelować, to nie problem. Gdyby działka była zła, to inwestor by się nią nie interesował. Ale działka w Nowej Soli dwukrotnie znalazła się na krótkiej liście Bridgestone. To o czymś świadczy — mówi pracownik Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Nauka nie idzie w las

Władze miasta rozmawiają z 10 inwestorami. Ale także Gorzów nie narzeka na ich brak.

— Nie ma tygodnia, żeby ktoś do nas nie przyjechał — przekonuje Tadeusz Jędrzejczak.

— Mamy blisko 200 ha doskonale przygotowanych terenów inwestycyjnych. Otarliśmy łzy, walczymy dalej. Przegrana walka nie znaczy, że wszystko straciliśmy. To przegrana bitwa, nie wojna. Wynieśliśmy z niej kolejne doświadczenia. Jak teraz przychodzi inwestor i prosi o badania gruntu — proszę bardzo, mamy. Badania geologiczne — proszę bardzo, mamy, średnioroczne opady śniegu w ostatnich stu latach — proszę bardzo. Po angielsku — proszę bardzo. Po niemiecku — proszę bardzo. Po francusku — proszę bardzo — zapewnia Wadim Tyszkiewicz.

Pierwszy kontakt

Prezydent jest zaprawiony. Kiedy trzy lata temu objął stanowisko, Nową Solą zainteresował się Asus, producent płyt głównych do komputerów.

— Sprowadziliśmy ich do nas. Pomogła nam firma ADB z Zielonej Góry — mówi Wadim Tyszkiewicz.

Ostatecznie na polu bitwy zostali oni i Praga. Asus zastanawiał się trzy miesiące. Ze względów logistycznych wybrał jednak Czechy. Trzy dni później odwołali decyzję i poinformowali, że Nowa Sól wciąż jest w grze. Prezydent Tyszkiewicz pojechał do Warszawy na spotkanie z wiceministrem gospodarki Mirosławem Zielińskim.

— Poświęcił mi 15 minut. Tłumaczyłem, że to firma high-tech, że takiej inwestycji w kraju jeszcze nie było. Zieliński spojrzał na mnie spode łba i spytał, czego ja od niego chcę. Zatkało mnie. Asus nawet nie domagał się pomocy publicznej, wystarczyłoby niewiele, żeby przechylić szalę na stronę Polski i Nowej Soli. A tak, wymarzony inwestor uciekł do Czech — relacjonuje Wadim Tyszkiewicz.

Miękki polityk

A prezydent musi świecić oczami przed wyborcami, że kolejny inwestor uciekł.

— Tłumaczę ludziom, że inwestor analizuje kilkadziesiąt parametrów — miękkich i twardych. Na pierwsze mamy wpływ, bo to na przykład profesjonalne przyjęcie inwestora. Na drugie, jak na port w Stargardzie Szczecińskim, nic nie poradzimy. W miękkich możemy być mistrzami świata, ale to nie wystarczy — mówi Wadim Tyszkiewicz.

A co z polityką, która — jak wielu wskazuje — pcha inwestorów do Gorzowa, tak jak kiedyś pchała do Łodzi?

— Polityka to na szczęście też miękki parametr, bo politycy się zmieniają. My po prostu robimy swoje — uśmiecha się Wadim Tyszkiewicz.