Giełdowa liga piłki nożnej

Adam Torchała, pb.pl
opublikowano: 24-03-2019, 22:00

Wydarzenia boiskowe w ostatnich tygodniach miały spore przełożenie na kurs akcji nielicznych notowanych na giełdach klubów piłkarskich

Hat-trick strzelony 12 marca przez Cristiano Ronaldo w meczu z Atletico Madryt trafił nie tylko na czołówki serwisów sportowych. Wyczynem Portugalczyka chętnie zajmowały się również portale finansowe. Zainteresowanie nie było przypadkowe, bo dzięki trzem bramkom Cristiano jego Juventus Turyn odmienił losy dwumeczu z Atletico i awansował do ćwierćfinału najważniejszych europejskich rozgrywek klubowych — Ligi Mistrzów.

Zaskakujący wynik z entuzjazmem przyjęli akcjonariusze notowanego na włoskiej giełdzie Juventusu. Na pomeczowej sesji akcje turyńskiego klubu zyskały 18 proc. To zresztą niejedyny tego typu przypadek. Podobnie było tydzień wcześniej, gdy Ajax Amsterdam w tej samej fazie rozgrywek wyeliminował faworyzowany Real Madryt. Kolejnego dnia akcje holenderskiej drużyny podrożały o 10,3 proc. Sam Juventus też gwałtownie drożał latem, gdy na rynku pojawiły się plotki o transferze Cristiano Ronaldo. Choć na wówczas 33-letniego Portugalczyka wydano 100 mln EUR, kwota zaczęła się szybko zwracać zarówno poprzez sprzedaż koszulek, jak i na boisku, co najlepiej udowodnił mecz z Atletico. Awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów to bowiem oprócz prestiżu także nagroda w wysokości 10,5 mln EUR od organizatora rozgrywek. Akcje Juventusu są droższe o prawie 150 proc. niż latem 2018 r., czyli jeszcze przed pojawieniem się plotek o przyjściu Cristiano.

Taka stopa zwrotu robi wrażenie, ale jest też druga strona medalu. Po porażce w pierwszy meczu z Atletico kurs Juventusu spadł o 11 proc.

„Można zadać sobie pytanie, czy giełda to miejsce na taki rollercoaster uzależniony od wielu czynników i przypadków. Gdyby np. Cristiano Ronaldo, strzelec wszystkich trzech bramek, uległ kontuzji, wynik rywalizacji prawdopodobnie byłby inny. Takie ryzyko trudno jest uwzględnić w analizie fundamentalnej lub technicznej” — słyszymy w biurze prasowym Legii Warszawa.

Ćwierćfinaliści na parkiecie

Nie wszystkim to jednak przeszkadza. Z drużyn, które pozostały na placu boju w tegorocznej Lidze Mistrzów, poza Juventusem i Ajaksem na giełdach znajdziemy też Manchester United oraz FC Porto. Na światowych giełdach notowana jest zatem połowa stawki ćwierćfinalistów, a warto dodać, że zarówno Manchester City, jak i Tottenham również były obecne na giełdzie. Pierwszy zniknął z niej po przejęciu w 2007 r. przez nowego właściciela z Tajlandii. Drugi na londyńskim rynku notowany był do 2012 r. Wówczas jednak prezes Tottenhamu oznajmił, że obecność klubu na giełdzie oraz restrykcje z tym związane... utrudniają proces pozyskiwania finansowania.

To zresztą niejedyne przypadki delistingu wśród klubów piłkarskich. Szczególnie mocno widać to na Wyspach Brytyjskich, gdzie z giełd znikały takie marki, jak Millwall, Glasgow Rangers, Sheffield United, Sunderland, Newcastle czy w końcu Manchester United, który zaliczył jednak powrót w 2012 r. Zresztą spore grono giełdowych spółek wśród ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów to — porównując z innymi rozgrywkami — wyjątek. Względnie najlepiej wygląda to w Portugalii, gdzie spośród największych klubów notowane są cztery: Benfica, Sporting Lizbona, Sporting Braga i FC Porto, oraz Turcji (Galatasaray, Besiktas, Trabzonspor, Fenerbahce). We Włoszech na giełdzie oprócz Juve są także Lazio oraz Roma. W pozostałych ligach prócz pojedynczych przypadków, takich jak np. Broendby w Danii, Borussia Dortmund w Niemczech czy Celtic w Szkocji o sporą giełdową reprezentację trudno.

Problemy problemami, ale…

Zresztą kluby często po prostu nie nadają się na spółki giełdowe, bywają traktowane jak prywatny folwark (np. Chelsea za Abramowicza, inwestycje szejków) lub przedsięwzięcia czysto marketingowe (np. Red Bull w Lipsku czy Salzburgu). Wówczas o budowanie wartości dla akcjonariuszy bywa trudno, tym bardziej że wielu milionerów lubi ciszę i kwoty wydawane na transfery starają się utrzymać w tajemnicy. To z kolei nie idzie w parze z giełdowymi wymogami informacyjnymi, które również stanowią istotną przeszkodę w drodze niektórych klubów na giełdowy parkiet. Dodatkowo kluby bywają rozliczane z wyniku sportowego, a nie finansowego. Z przebadanych przez nas piętnastu notowanych klubów zysk w ostatnim raporcie rocznym wykazało tylko sześć. Łatwo także o przeinwestowanie, wypadnięcie na jeden-dwa sezony z pucharowej karuzeli może oznaczać bowiem poważne straty finansowe. Dlatego też sukces na giełdzie mogą odnieść przede wszystkim duże marki, które dzięki światowej rozpoznawalności i corocznemu udziałowi w najważniejszych rozgrywkach są zdolne nadążyć za gwałtownie rosnącymi pensjami piłkarzy. Małym ośrodkom pozostaje skupienie się na szkoleniu i liczenie, że marka w ten sposób zbudowana przyciągnie miliardy od tych większych.

Romantyczne historie zawojowania europejskich rozgrywek przez kopciuszka to prawdziwe wyjątki. Mimo tych wszystkich problemów na futbolu da się na giełdzie zarobić. Większość przebadanych przez nas klubów w ciągu ostatnich pięciu lat zwiększyła swoją giełdową wartość. Hossę pokazuje także specjalny indeks STOXX Europe Football, który odzwierciedla kursy 22 europejskich spółek związanych z piłką nożną. Choć lata 2013-15 spędził będąc notowany w okolicach 80 pkt, obecnie jego wartość sięga 110 pkt.

Giełdowe męki polskich klubów

Jak może się skończyć historia giełdowego klubu bez odpowiedniego przygotowania ze strony organizacyjnej i finansowej, pokazuje polskie podwórko. Na warszawskiej giełdzie notowane są dwa kluby piłkarskie: Ruch Chorzów i GKS Katowice. Na obu inwestorzy przede wszystkim tracili. Akcja Ruchu, która debiutowała w 2008 r. po 2,3 zł, teraz warta jest ledwie 17 groszy, GKS-u zaczynała w 2011 r. po 1,12 zł i spadła do 15 groszy. Ruch jednak w historii pobytu na giełdzie tylko dwa lata zakończył zyskiem, GKS ani jednego. Kluby żyją na miejskiej kroplówce i obecnie raczej nie zapowiada się na ich powrót do Ekstraklasy, a więc miejsca, gdzie nawet najbiedniejsze kluby mogą napompować budżet dzięki pieniądzom z praw do transmisji. Kluby o wycofaniu się z giełdy jednak nie myślą, ma to im bowiem ułatwiać biznesowe kontakty i pozyskiwanie inwestorów. Nawet pomimo istotnych kosztów towarzyszących obecności na giełdzie.

— Rocznie to kilkadziesiąt tysięcy złotych, a w naszej sytuacji każdy grosz się liczy. O wycofaniu Ruchu z giełdy na razie nie myślimy. Dzięki publikowanym raportom można miarodajnie ocenić kondycję finansową spółki. To konieczne, jeżeli myśli się o zainteresowaniu dużego inwestora — mówi Jan Chrapek, prezes klubu.

Błędu Ruchu nie chce popełnić odradzający się i grający na razie na tym samym co Ruch — trzecim — poziomie rozgrywkowym Widzew Łódź.

— Wejście na giełdę jest rozwiązaniem, które może pomóc w pozyskaniu środków finansowych na inwestycje czy szeroko pojęty rozwój klubu, ale wiąże się z dużym ryzykiem. Kłótnie, chybione transfery, kontuzje, niepokojące wieści z szatni: inwestorzy nie tolerują takich informacji. Żeby w ogóle rozważać takie rozwiązanie, w pierwszej kolejności należy zadbać o to, co jest dla nas dzisiaj jednym z priorytetów, czyli doprowadzenie do pełnej profesjonalizacji klubu. Nie neguję tego rozwiązania, ale klub musiałby być do niego odpowiednio przygotowany — tłumaczy Jakub Kaczorowski, prezes Widzewa.

Niechętni

O debiucie nie myśli na razie także największy pod względem przychodów polski klub, a więc Legia Warszawa. Przedstawiciele klubu z Łazienkowskiej zwracają uwagę, że polskie spółki piłkarskie trudno porównywać z zagranicznymi m.in. ze względu na ich budżet. „Wartość największych polskich klubów jest zdecydowanie mniejsza, co wpłynęłoby na wysokość możliwych do pozyskania od inwestorów środków. Jednorazowy zastrzyk w postaci kilku czy kilkunastu milionówzłotych może pomóc rozwiązać chwilowy problem albo sfinansować konkretną inwestycję, ale nie zmieni znacząco sytuacji finansowej i sportowej klubu. Dlatego najpierw potrzebne jest podniesienie wartości klubów poprzez poprawę jakości organizacyjnej i dywersyfikację przychodów, która pozwoli ograniczyć uzależnienie stabilności budżetowej od wyników sportowych” — dodają przedstawiciele Legii.

O debiucie na giełdzie nie myślą także u ekstraklasowego rywala Legii — Lecha Poznań. Inną drogą poszła Wisła Kraków, która pogrążona w długach postanowiła zrobić emisję akcji, ale nie z myślą o debiucie na giełdzie, a przez platformę crowdfundingową. Dzięki pomocy kibiców w jedną dobę udało się uzbierać blisko 1 mln EUR. Przedstawiciele polskich klubów doceniają to osiągnięcie, sceptycznie jednak patrzą na pomysł finansowania w ten sposób biznesu.

— Ta akcja się udała z uwagi na nienormalną i budzącą wielkie emocje sytuacją finansową Wisły — mówi Tomasz Kacprzycki, dyrektor finansowy Lecha Poznań, zwracając także uwagę na jednorazowość i niewielką finansową skalę całego przedsięwzięcia.

Również przedstawiciele Legii dodają, że na poziomie klubów mających europejskie aspiracje 5 mln zł nie jest kwotą, która może zrobić jakąkolwiek różnicę. Z kolei w Widzewie słyszymy, że ich crowdfundingiem są karnety.

— Widzew dzisiaj jest na takim etapie, że kibice poprzez kupno karnetów i bicie co rundę kolejnego, należącego już od dwóch lat do nich rekordu Polski (obecnie 16 339 abonamentów na wiosnę 2019 r.), niejako kupują akcje klubu, biorąc w ten sposób również na siebie odpowiedzialność za jego losy — podkreśla Jakub Kaczorowski.

Wydaje się więc, że w najbliższej perspektywie na polskim podwórku trudno będzie o powtórzenie giełdowej historii Juventusu, a i emisje akcji przez crowdfunding wydają się rozwiązaniem raczej dla klubów z problemami, a nie pretendujących do walki w Europie. Polskim inwestorom z piłkarską żyłką pozostaje więc emocjonowanie się osiągnięciami zagranicznych klubów, bo choć grono piłkarskich spółek giełdowych jest ubogie, to jednak obecność w nim czterech ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów dodaje mu renomy. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Torchała, pb.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu