Pierwsza w Polsce agencja towarzyska chce wejść na warszawski parkiet. Karkołomne zadanie.
Telefon zadzwonił w poniedziałek około południa. Kobiecy głos zapytał: Co panu mówi nazwa Daily Planet? Zaskoczenie. Nie wiem. W odpowiedzi słyszę: Niech pan sprawdzi w internecie. Podobna spółka chce za trzy lata wejść na warszawską giełdę. Zadzwonię za pół godziny. Jeśli to pana zainteresuje, zapraszam do nas.
Zaciekawiony wpisuję do wyszukiwarki słowa Daily Planet. Na stronie głównej napis „Welcome to the world’s premier bordello”. Szukam dalej. W portalach internetowych kolejne informacje. W grudniu 2002 r. spółka zapowiedziała debiut na giełdzie w Melbourne. Słowa dotrzymała. Debiut stał się hitem dnia. Inwestorzy rzucili się do zakupów.
A zatem ktoś z Polski chce upublicznić dom publiczny. Karkołomne zadanie. I dla spółki, i dla jej oferującego, dla giełdy i dla polityków. Można sobie wyobrazić, jaka powstanie wrzawa. Krótka narada w pokoju naczelnego. Po szybkiej dyskusji bierzemy „temat na warsztat”. Po półgodzinie odzywa się obiecany telefon.
— Sprawdził pan? Cieszę się. Jutro o 6.00 rano ma pan pociąg do Trójmiasta. W Gdyni za pięć jedenasta. Będzie czekał nasz szofer, trzymając w ręku jutrzejsze wydanie „PB”. Do zobaczenia.
Czas spędzony w pociągu sprzyja temu, by przyjrzeć się Daily Planet. Jego właściciele próbowali wejść na giełdę w 1994 r. Wówczas jednak prawo australijskie nie pozwalało na uprawianie prostytucji. Nie przekonali też sądów, że na parkiecie będzie notowany tylko lokal, a nie zatrudnione w nim dziewczyny. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Próbę ponowiono w 2003 r. Spółka uzyskała z giełdy 2,3 mln dolarów. Już pierwszego dnia jej akcje miały spore wzięcie. Kurs szedł w górę. Niezły interes.
Tajemnicza Sara
Z dworca w Gdyni dojechaliśmy na miejsce w trzy kwadranse. Do położonego na uboczu dwupiętrowego budynku prowadzi żwirowa droga w leśnej otulinie. Nie przypomina domu uciech, raczej ekskluzywny hotel dla gości, których portfele wypychają złote i platynowe karty kredytowe. Właścicielka — zadbana, o sportowej sylwetce trzydziestoparoletnia Sara — wita mnie męskim uściskiem dłoni i zaprasza na śniadanie do ogrodu.
— Wszystkiego nie powiem. Proszę też nie ujawniać tożsamości mojej firmy. Czasy niesprzyjające. Jeśli za dwa lata po wyborach dojdzie do zmian politycznych, a to warunek konieczny, zdecyduję się na upublicznienie — tłumaczy bizneswoman.
— Byłby to pierwszy upubliczniony dom publiczny na polskiej giełdzie — przerywam jej monolog.
— Myli się pan, raczej próba sprzedaży pomysłu na życie dla samotnych lub zagubionych mężczyzn. Nasz klient przyjeżdża do nas na kilka dni, wybiera sobie partnerkę do wyjścia na kolację, do teatru, na party. To swego rodzaju hotel, gdzie nabiera sił witalnych przed czekającymi go wyzwaniami rzeczywistości biznesowej. Pomagają mu w tym piękne dziewczyny, znające języki obce i mające co najmniej licencjat. Mojemu personelowi zawieszam wysoko poprzeczkę. Byle kto u mnie nie znajdzie pracy. W zamian może liczyć na dobrą pensję. Bardzo dobrą — szybko poprawia się Sara.
Przewidywalny interes
Przy dobrym winie mojej rozmówczyni język szybko się rozwiązuje. Nie ukrywa, że zaczynała tak jak jej podopieczne. Doszła jednak do wniosku, że tak żyć się na dłuższą metę nie da. Zrobiła studia menedżerskie i zainteresowała się giełdą. Oszczędności inwestowała na giełdzie. Jak przyznaje — z dużym szczęściem. Przed krachem zdążyła wycofać wszystkie pieniądze, by wrócić, gdy na parkiecie pojawiły się OFE z pieniędzmi.
— Wtedy wpadłam na pomysł, że mogłabym taki biznes sama otworzyć. Zdecydowałam się zrobić to na Pomorzu. Nie żałuję. Znalazłam to miejsce, kupiłam grunt i uwiodłam dyrektora lokalnego banku, by zdobyć kredyt. Udało się. Teraz chciałabym wyjść z tym pomysłem w Polskę — tłumaczy.
Plan przekonuje. Nasza bizneswoman chce utworzyć podobne placówki pod Warszawą, w Krakowie, we Wrocławiu i w Poznaniu. Jak mówi, tam są duże pieniądze i jej grupa docelowa z wypchanymi portfelami. Tam też są lotniska, co jest bardzo ważne, gdyż nasza bizneswoman nie pogardzi turystami z Zachodu.
— Do tego potrzebuję pieniędzy z giełdy. Od 10 do 15 mln zł. Zacznę od budowy pod Wrocławiem. Mam tam upatrzony grunt — tłumaczy.
Na budowę takiej placówki powinno starczyć. W jej skład wchodzą: 20-30 apartamentów, sauna, basen, restauracja, sala taneczna, klub bilardowy. Koszty z wpływami zrównują się po 9-12 miesiącach, a inwestycja zwraca się w całości po ośmiu latach.
— Kogo pani chce namówić na zakup akcji?
— Przede wszystkim już teraz obiecuję, że nie zamierzam sprzedawać moich walorów przez co najmniej trzy lata. Wierzę w powodzenie mego biznesu. Wiem, że nie skuszę inwestorów finansowych. Emisja dość mała, no i mogą się obawiać inwestycji w różowe papiery. Stąd całość oferty trafi do inwestorów indywidualnych — śmieje się pani Sara.
Interes to nie tylko jej hobby. Ma też wiedzę o nim.
— Inwestorzy muszą się pogodzić z tym, że najlepsi pracownicy (wyłączając mnie) otrzymają prawo do objęcia akcji po preferencyjnej cenie. Chcę utrzymać kadry i zabezpieczyć pracującym u mnie dziewczynom godziwą przyszłość. Dla inwestorów też mam niespodziankę. Jeśli obejmą akcje i zachowają je przez co najmniej dwa lata, to wezmą udział w programie lojalnościowym. Otrzymają duże zniżki na nasze usługi — uśmiecha się tajemniczo.
Nie boi się załamania koniunktury giełdowej.
— Biznes jest przewidywalny. Popyt nań nie zmienia się od tysięcy lat. Co więcej, to najlepsze akcje na czas dekoniunktury — podsumowuje.
Pożyjemy, zobaczymy.
Czytaj też w numerze z 2 kwietnia.
