Decyzja S&P o obniżeniu ratingu długu Japonii do AA- była zaskoczeniem
dla analityków i ekonomistów, ale niekoniecznie dla rynku. Z długiem na poziomie
200 proc. PKB rating i tak utrzymywał się wysoko, co Japonia zawdzięcza głównie
temu, że blisko 95 proc. dłużnych papierów skarbowych znajduje się posiadaniu
inwestorów krajowych. Teraz jednak możliwości gromadzenia nowego długu - a
Japonia walcząc o wzrost gospodarczy nie oszczędza na wydatkach rządowych - w
kraju kończą się i rząd musi wyjść na rynki zagraniczne. Stąd decyzja S&P,
która w części była już zdyskontowana przez rynek długu. Warto w tym miejscu
podkreślić, że AA- nadal jest ratingiem, o którym większość krajów na świecie
może tylko pomarzyć, ale jednocześnie stawia Japonię na równi z Chinami, które
mają identyczną ocenę ratingową.
Giełdy w Azji spadły, ale w przypadku
Japonii nie można pominąć wpływu danych o spadającej szybciej niż oczekiwano
sprzedaży detalicznej (4,1 proc. w grudniu, oczekiwano -1,4 proc.) i wydatkach
gospodarstw domowych (-3,3 proc.; oczekiwano -0,6 proc.). Spadkom przewodziły
jednak akcje banków, co wskazywałoby jednak cięcie ratingu jako główną przyczynę
niezadowolenia inwestorów. W okolicach zera utrzymał się tylko Shanghai
Composite, a pozostałe indeksy azjatyckie - w tym Hang Seng i Kospi - zanotowały
spadek.
Obcięcie ratingu Japonii może mieć największe znaczenie dla Europy.
Kiedy dwa tygodnie temu Japonia podjęła decyzję o obejmowaniu emisji obligacji
krajów PIIGS stawiałem tezę, że rynek niebawem zwróci uwagę na gwaranta
powodzenia emisji, ponieważ jego zadłużenie w relacji do PKB jest wyższe niż
ratowanych krajów. Obniżenie ratingu Japonii może więc wpłynąć na europejski
rynek długu, tym bardziej, że tokijski rząd już zapowiedział cięcia w emisjach
obligacji. Jak pogodzić tę deklarację z obejmowaniem obligacji Irlandii czy
Hiszpanii? Również japoński rząd musi przecież tłumaczyć się przed
wyborcami.
Korektę na rynkach akcji zakładać jest tym łatwiej, że indeksy
giełd amerykańskich mają za sobą już prawie dziewięć tygodni zwyżek. Każda seria
musi się skończyć - zwłaszcza na rynkach kapitałowych - i być może właśnie dziś
zobaczymy pewne tego symptomy. Wczoraj Wall Street zbagatelizowała dane o
zasiłkach dla bezrobotnych, ale zrobiła to tylko dlatego, że dziś o 14:30
opublikowane zostaną znacznie ważniejsze dane o dynamice PKB. Ekonomiści
zakładają, że wzrost gospodarczy wyniósł 3,5 proc. (r/r), ale każdy wynik będzie
mógł służyć za pretekst do realizacji zysków.
W Warszawie sytuacja jest - jak zwykle - nieco odmienna. Nasz rynek nie brał udziału w ostatnich zwyżkach, od poprzedniego wtorku (kiedy zanotowano rekord hossy) wyraźnie brakuje mu tchu. Być może z pewnym wyprzedzeniem rodzimi inwestorzy przygotowali się na korektę w Stanach (to zdarza się często na GPW), być może pozostawaliśmy pod wpływem własnych problemów, ze zmianą w funkcjonowaniu OFE na czele. Pozostaje czekać na rozwój wypadków i unikanie emocjonalnych rozwiązań. WIG20 nadal jest blisko rekordów hossy i utrzymał się powyżej pierwszej z brzegu linii wsparcia w okolicach 2 700 pkt. Dokąd wsparcie nie zostanie złamane, nie ma potrzeby się zamartwiać na zapas.
Emil Szweda
Noble Securities