W listopadzie 1946 r. francuscy komuniści zdobyli 28 proc. głosów w wyborach parlamentarnych i stali się największą partią w kraju. Choć do 1947 r. współtworzyli rząd, nigdy nie objęli w nim przywództwa, a w maju 1947 r. zostali z niego usunięci. Wraz z początkiem zimnej wojny wokół partii komunistycznych we Francji i innych krajach Europy Zachodniej wzniesiono mur izolacji. Jednym z czynników ograniczających ich wpływy była rozbudowa państwa dobrobytu, które zapewniało bezpieczeństwo socjalne i osłabiało poparcie dla ugrupowań radykalnych
Dziś mamy do czynienia z lustrzanym odbiciem tamtych wydarzeń. W Niemczech partia AfD (Alternative für Deutschland – Alternatywa dla Niemiec), prawicowa, ale zawierająca też odłamy jawnie faszystowskie, zdobywa coraz większe poparcie i jest już najważniejszą partią w kraju z 28-procentowym poparciem w sondażach. We wrześniu wygrała wybory w dwóch landach i zajęła trzecie miejsce w kolejnym. Jest na razie izolowana w systemie politycznym, ale jasne jest, że jej ekspansja musi prowadzić do realizacji części jej postulatów. Pytanie, jakich? Kim są jej wyborcy i czego chcą? Jest to mniej jasne niż w przypadku partii robotniczych z XX wieku. Dzisiejszy ekstremizm jest amalgamatem przeróżnych resentymentów.
Od Grecji do Kolonii
Na wiele z tych pytań pozwala odpowiedzieć doskonała książka Łukasza Grajewskiego pt. „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę”. Jest to reportaż oparty na rozmowach z wyborcami i twórcami tej partii oraz licznych dokumentach. Autor jak uważny słuchacz podchodzi do swoich rozmówców ze zrozumieniem, momentami nawet pozwala wczuć się w źródła uzasadnionego buntu niemieckich wyborców. Ale jednocześnie odkrywa naprawdę czarne karty ruchu, który w swojej radykalnej wersji stanowi duże zagrożenie dla Europy i Polski.
Na marsz AfD można spojrzeć jak na wchodzenie po schodach – każdy stopień to inny wymiar bolączek niemieckiego społeczeństwa.
Dziś mało kto już to pamięta, ale AfD zaczęła się od sprzeciwu wobec pomocy finansowej dla Grecji w 2012 r. Kiedy Angela Merkel mówiła, że nie ma alternatywy dla pomocy, niemieccy profesorowie ekonomii odpowiadali, że jest alternatywa – tak zrodziła się Alternatywa dla Niemiec. Zrodziła się ze sprzeciwu wobec dzielenia się niemieckim dobrobytem z innymi mieszkańcami Unii Europejskiej.
Kolejnym stopniem, znacznie już ważniejszym, był sprzeciw wobec masowej imigracji. Największego wiatru w żagle AfD dostała po 2015 r., czyli w okresie, gdy do Niemiec przyjechały setki tysięcy uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu. Dla części Niemców była to okazja do narodowego odrodzenia i pokazania światu wielkiego serca – imigrantów witano na dworcach, otwierano przed nimi domy. Dla innych był to początek epoki utraty własnej ojczyzny.
Historia zmagań Niemców z imigracją pokazuje, że gniew tłumiony na siłę musi wybuchnąć. W sylwestra 2015 r. na rynku w Kolonii doszło do zamieszek, w trakcie których miało miejsce aż 600 przypadków napaści seksualnej, w zdecydowanej większości dokonanych przez imigrantów. Niemiecka policja i media długo ukrywały informacje o szczegółach wydarzeń, wychodząc z założenia, że prawda może stać się zaczątkiem nacjonalistycznej reakcji. Ostatecznie sylwester w Kolonii stał się symbolem nie tylko kryzysu migracyjnego, ale też kryzysu mediów i całego systemu politycznego. Do dziś Niemcy nie umieją znaleźć równowagi między pełną akceptacją imigrantów a faszystowskimi pomysłami remigracji wszystkich osób obcej krwi.
Ossi tęsknią do Rosji
Ale to nie jest pełne wyjaśnienie sukcesów AfD. Stopień wyżej znajduje się rewizjonizm historyczny, potrzeba zapomnienia o tragedii Holokaustu i wychwalania własnej przeszłości.
Na kolejnym stopniu znajdują się resentymenty Niemców ze wschodnich landów, którzy mimo zjednoczenia do dziś są traktowani jako gorsi – jest ich dużo mniej w polityce, zarządach firm czy na uniwersytetach, niż wynikałoby z ich liczebności. AfD stała się najważniejszą partią dla Ossi, jak zwą mieszkańców ze wschodu, partią dobrze kanalizująca ich wściekłość na zachód. Ludzie pogardzani reagują w końcu buntem. Znamy to dobrze z tylu kontekstów historycznych, że nie powinniśmy być zdziwieni.
I wreszcie ostatni stopień marszu AfD, dla Polski potencjalnie najbardziej niebezpieczny. To pozytywny sentyment do Rosji, najsilniejszy ze wszystkich partii buntu w Europie Zachodniej. Możliwe, że dziś jest to element najmocniej jednoczący całą partię. Jak pisze Łukasz Grajewski, „w sprawie kontaktów z Moskwą Niemcy potrafią dużo wybaczyć. Jednak AfD postanawia wynieść tę dyscyplinę na zupełnie nowy poziom”. Partia nie tylko aktywnie szuka porozumienia z Kremlem, ale też jest głęboko infiltrowana przez rosyjskich działaczy. Domaga się spłaty przez Ukrainę całej pomocy finansowej jej udzielonej, przywrócenia rosyjskiego gazu, powrotu przyjaznych relacji z Rosją. Zupełnie zapominając o około 100 milionach ludzi, którzy żyją między Rosją a Niemcami.
Ponure analogie
Łukasz Grajewski nie wbija nam niczego motkiem do głowy. Nie mówi, jaka jest AfD, po prostu pokazuje jej członków i wyborców, ich emocje i resentymenty. Niektóre z nich można zrozumieć. Jak ładnie napisała Anna Kwiatkowska z OSW na okładce książki, „najdłużej pozostaje w głowie pytanie o cenę kneblowania publicznej debaty”. Polityka głównego nurtu w pewnym momencie stała się tak jednolita, oparta na standardowym zestawie przekonań, że zamknęła wszystkie ujścia dla naturalnego gniewu, frustracji, konfliktu. Dzisiejszy wzrost ugrupowań antysystemowych jest do pewnego stopnia naturalnym poszerzeniem pola gry.
Ale mimo wszystko książka Łukasza Grajewskiego pozostawia we mnie więcej niepokoju, niż miałem, siadając do niej. AfD wydaje się najbardziej ekstremalna ze wszystkich zachodnioeuropejskich partii buntu. W pewnych chwilach książki trudno uciec od ponurych analogii historycznych, chociażby wtedy, gdy czytamy o konferencji w Poczdamie, w trakcie której niemiecka prawica chłodno omawia prawne aspekty pozbycia się z kraju kilku milionów niemieckich obywateli. To działo się w 2023 r. I nawet jeżeli AfD nigdy nie przejmie władzy, to będzie zmieniać Niemcy i Europę. Często w niekorzystnym dla nas kierunku.
