Globalne biuro polityczne

08-06-2015, 00:00

Organizowane kolejno przez państwa członkowskie szczyty G7 lokalizowane są w obiektach trudno dostępnych i obronnych.

Takie kryteria idealnie spełnia przekształcone w luksusowy hotel zamczysko Elmau w bawarskich Alpach. Protestujący alterglobaliści zostali odrzuceni z jego otoczenia, sąd wyraził zgodę na zakłócanie spokoju władców jedynie… 50 demonstrantom. Kilkutysięczny tłum zebrał się zatem w pobliskim Garmisch-Partenkirchen oraz opanował wierzchołek Zugspitze (2962 m), czyli dach Niemiec. Stamtąd kierowane są do leżącego w dole Elmau pytania, czemu służy ta kosztowna zbiórka i co naprawdę ma do zaoferowania ludzkości.

Nazywanie G7 bytem samozwańczym jest przesadą, ale grupa ta nie ma żadnego umocowania w prawie międzynarodowym. Ba, nawet nie doprecyzowano, jakie państwa skupia — najbardziej rozwinięte, największe gospodarki, najbardziej wpływowe... Od 1975 r. wielka europejska czwórka, czyli Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy, spotykała się z USA i Japonią. Potem doszła Kanada, ale przecież kandydatem równorzędnym była np. Australia.

Dołączenie zaś na stałe od 1998 r. Rosji nie miało uzasadnienia, jako że jej gospodarka ma przecież prymitywną strukturę surowcową właściwą koloniom. Formułę G8 przeforsował kanclerz Helmut Kohl z… wdzięczności za zgodę Michaiła Gorbaczowa na zjednoczenie Niemiec. Dlatego wyrzucenie Władimira Putina z G8 za zabór Krymu i powrót szczytów do G7 było przywróceniem normalności. Nieobecność w Elmau uderza cara Kremla znacznie boleśniej, niż wszystkie sankcje gospodarcze. Notabene jeśli grupa znowu przybierze kształt G8 lub nawet G9, to z Chinami, a potem z Indiami.

Rozpoczęty w niedzielę szczyt ma zatem charakter zdefiniowany w tytule. Niepamiętającym poprzedniego ustroju przypomnę, że w państwach obozu moskiewskiego tzw. politbiuro było najwyższym władcą, którego ogólnikowe dyspozycje przekładał na konkrety aparat rządowy. Gospodyni szczytu G7 (w którym uczestniczą także szefowie instytucji Unii Europejskiej), kanclerz Angela Merkel, wstawiła do agendy wzniosłe tematy: ochronę klimatu, prawa kobiet, walkę z głodem, zapewnienie godziwych warunków pracy oraz problem szczególny — epidemię eboli. Mało kto jednak wierzy, że przyjęte zostaną jakieś konkrety. Gdyby nawet G7 wypracowała, co jest niemożliwe, jednolite stanowisko na ważny grudniowy szczyt klimatyczny COP21 w Paryżu, to i tak nie podporządkują się nieobecni, wspomniani wyżej emitenci gazów: Rosja, Chiny i Indie. W tym kontekście rację mają kpiący sobie z obrad w Elmau zieloni siedzący na czubku Zugspitze.

Z polskiego punktu widzenia wielkie znaczenie ma wątek poboczny G7. Podczas rozmów reprezentantów UE z prezydentem USA jak zwykle ostatnio oceniane jest zaawansowanie negocjacji umowy TTIP — Transatlantic Trade and Investment Partnership. Idealistycznym założeniem handlowego i inwestycyjnego partnerstwa UE i USA jest przyspieszenie rozwoju gospodarczego po obu stronach oceanu. Na razie trudno jednak uniknąć przeświadczenia, że beneficjentami TTIP będą transatlantyckie korporacje, a nie gospodarki unijnych państw. Zwłaszcza będących na dorobku, takich jak Polska.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Globalne biuro polityczne