Główny partner w Unii Europejskiej

opublikowano: 20-12-2018, 22:00

Ekipa tzw. dobrej zmiany naprawdę ma na arenie międzynarodowej pecha — kłody jej rzuca pod nogi jak nie wraża eurokracja, to nawet… kalendarz.

Termin trzecich polsko-brytyjskich konsultacji międzyrządowych — czyli jednoczesnych rozmów premierów oraz kilku uzgodnionych par ministrów — ustalony został na 20 grudnia 2018 r. już dawno. Wydawało się, że tydzień przedświąteczny będzie porą bardzo sprzyjającą, bo będzie można dopracowywać dwustronne szczegóły już po zatwierdzeniu przez parlamenty umowy rozwodowej Unii Europejskiej ze Zjednoczonym Królestwem. Niestety, po stronie brytyjskiej wciąż pozostaje ona w zawieszeniu i wszystko wskazuje, że nieuchronnie trafi do kosza. Premier Theresa May poratowała się odłożeniem głosowania Izby Gmin z 11 grudnia aż na 21 stycznia i zaklina rzeczywistość, która przecież w okresie świąteczno-noworocznym się nie zmieni.

Mateusz Morawiecki i Theresa May zdają
sobie sprawę, że umowa brexitowa nie zostanie zatwierdzona – ale nie przyjmują
tego do wiadomości.
Zobacz więcej

Mateusz Morawiecki i Theresa May zdają sobie sprawę, że umowa brexitowa nie zostanie zatwierdzona – ale nie przyjmują tego do wiadomości. Fot. Alex Lentati-reuters

Obecny pech terminowy jest jednak niczym wobec generalnego pecha strategicznego. Rząd tzw. dobrej zmiany na początku 2016 r. ogłosił, że głównym partnerem Polski w UE i w ogóle w polityce zagranicznej staje się Zjednoczone Królestwo. Było to w sytuacji, gdy prezydentem USA był Barack Obama, zanosiło się na kontynuację jego polityki przez Hillary Clinton, zatem jedynym decydentem grubego kalibru akceptowalnym dla Jarosława Kaczyńskiego jawił się premier David Cameron. Wszak w Parlamencie Europejskim delegacja PiS właśnie z brytyjskimi torysami już od dekady współtworzy grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Strategia szczególnego partnerstwa wewnątrzunijnego Warszawy akurat z Londynem zawaliła się jednak po ogłoszeniu wyników nieszczęsnego referendum brexitowego z 23 czerwca 2016 r.

Nad wczorajszymi konsultacjami wisiała wielka niepewność co do trybu brexitu. W najkorzystniejszej sytuacji znaleźli się konferujący ministrowie obrony, albowiem Wielka Brytania zostaje w Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego i akurat relacje militarne się nie zmieniają. Jednak rozmowy np. Joachima Brudzińskiego czy Jadwigi Emilewicz były spłycone niewiedzą, jak relacje unijno-brytyjskie, czyli także polsko-brytyjskie ułożą się po 29 marca 2019 r. Na konferencji podsumowującej konsultacje premierzy Theresa May i Mateusz Morawiecki w kółko odnosili się do uzgodnionej umowy unijno-brytyjskiej, w ogóle nie przyjmując do wiadomości praktycznej niemożliwości jej zatwierdzenia przez Izbę Gmin.

Czas płynie, a perspektywa brexitu staje się coraz większą polityczną abstrakcją. Z jednej strony — wszędzie trwają ciche, ale bardzo praktyczne przygotowania do unijno-brytyjskiego rozwodu na dziko, bez jakiegokolwiek dokumentu opartego na prawie międzynarodowym. Z drugiej jednak — nikt nie ma odwagi jako pierwszy ogłosić, że tak się nieuchronnie stanie. Deklaracje polityków na temat brexitu przypominają pocieszanie ciężko chorego — jego otoczenie przez delikatność buduje nadzieje na wyzdrowienie, a wszyscy wiedzą, że zbliża się koniec. W tym wypadku będzie to styczniowe głosowanie Izby Gmin. Odnoszący się do relacji polsko-brytyjskich tytuł komentarza ma wydźwięk już niemal archiwalny. Ciekawe, czy po 29 marca 2019 r. tzw. dobra zmiana będzie szukała wewnątrz UE jakiegoś innego punktu oparcia, czy wystarczy po prostu Viktor Orbán. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu