Sejmowa komisja śledcza ds. zbadania prawidłowości prywatyzacji PZU przyjęła raport końcowy, w którym stwierdza, że umowa prywatyzacyjna PZU z 1999 r. jest nieważna i wnioskuje o jej unieważnienie. Komisja postawiła też zarzuty wielu osobom i o wszystkich powiadomi prokuraturę. Premier Marek Belka jest podejrzany o składanie fałszywych zeznań. Aldona Kamela-Sowińska, była minister skarbu ma stanąć przed Trybunałem Stanu, podobnie jak jej poprzednik Emil Wąsacz. Niedopełnienie obowiązków zarzucono byłej wiceminister skarbu Alicji Kornasiewicz, byłemu wiceministrowi finansów Rafałowi Zagórnemu i byłemu ministrowi skarbu Wiesławowi Kaczmarkowi. Lista podejrzanych, łapowników, podżegaczy, odpowiedzialnych politycznie, zdaniem komisji — przestępców — jest bardzo długa, a kończy się na Leszku Balcerowiczu (bo się temu przyglądał).
Wnioski, do jakich doszła komisja, i to, że stawia zarzuty niemalże wszystkim, którzy choćby tylko koło PZU, bądź ministerstwa skarbu, przechodzili, po raz kolejny kompromituje ideę powoływania takich komisji, dowodzi, że każdy dzień jej prac to dzień stracony. Nie wiedzieć czemu przyjęło się twierdzenie, że ta komisja, w odróżnieniu od tej do Rywingate i orlenowskiej, jest najlepsza i najbardziej merytoryczna. Nic bardziej mylnego: jest to komisja zdecydowanie najgorsza.
Celem każdej sejmowej komisji śledczej nie jest dociekanie prawdy, bo to pojęcie, w polityce nie istnieje. Jej celem jest osiągnięcie celów politycznych. Działająca na niewyobrażalnie błahych podstawach pierwsza komisja śledcza ds. Rywingate, mimo braku jakichkolwiek przesłanek do działania, wysadziła w powietrze rząd Leszka Millera, spowodowała wsadzenie do więzienia jednego z uczestników sławnego spotkania i wewnętrzną emigrację drugiego. Nie wspominając o tym, że wylansowała Jana Rokitę i Zbigniewa Ziobrę. Komisja o najdłuższej na świecie nazwie, w której — dla zmyłki — występuje Orlen, mimo początkowego braku sukcesów i licznych kompromitacji, wykluczyła z prezydenckiego peletonu Włodzimierza Cimoszewicza. To są rzeczywiste sukcesy zainteresowanych.
Komisja ds. PZU tymczasem, stawiając zarzuty wszystkim, rozmywa odpowiedzialność, nie oskarżając de facto nikogo. Formułując wniosek o unieważnienie prywatyzacji PZU, udowadnia po raz kolejny, że zupełnie nie wie, w jakiej materii się porusza. Można jedynie podziwiać jej samoograniczenie, bo mogłaby przecież postulować powrót Lwowa w granice Rzeczypospolitej albo reaktywować tezę, że Polska musi mieć kolonie. Wypowiedzi przewodniczącego czy członków komisji o trybie prac i orzeczeniu arbitrażu międzynarodowego, ich zdania odrębne — przez litość choćby — nie nadają się cytowania. Jako się rzekło: komisja wykonała kawał absolutnie nikomu niepotrzebnej roboty i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku może rozejść się do domów. Ludzie z komisji na szczęście nie zyskali popularności, pozostali anonimowi — może to i lepiej dla nich. Mniejszy wstyd.