Go China, Go Africa, Go Outside

opublikowano: 14-11-2013, 00:00

Rząd ma pomysł na brak dostępu do długoterminowego kapitału, który wstrzymuje ekspansję firm. Trzeba je tylko wyleczyć z braku wiary w siebie i małej mobilności. Tylko i aż

Złota 44. 50. piętro, od sufitu do podłogi szkło. Pałac Kultury i Nauki jest na wyciągnięcie ręki i wygląda jak Big Ben. I w londyńsko-dżentelmeńskim stylu rozpoczyna się debata „Pulsu Biznesu” o polskich markach na świecie. Prowadzący uprzejmie zauważa, że jeszcze kilka miesięcy temu polscy przedsiębiorcy zazdrościli niemieckim kolegom latającym za Angelą Merkel, a dziś to powoli także u nas standard. Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki, kiwa głową z uśmiechem. Ale brytyjski dziennikarz to nie lord, polski tym bardziej.

Zobacz więcej

PIERWSZY KROK W CHMURACH: Przedstawiciele polskich firm, które rozpychają się za granicą lub pomagają w tym innym, mówili o swoich dylematach i bolączkach, a szefowie i wiceszefowie rządowych agencji zapewniali, że zrobią wszystko, żeby uchylić im nieba. Trzymamy za słowo. [FOT. MW]

Okazuje się więc, że polskie firmy rodzimej marki się wstydzą i wolą podpisywać produkty „made in EU”. Po co więc akcja „Made in Poland”? Wiceminister trzyma klasę i uśmiech nie schodzi z jej twarzy.

— Nie ma co jeździć za granicę bez produktu. Najlepiej świadczą o nas towary na półkach. Tylko gdy najnowszej generacji gra komputerowa bawi kilkanaście milionów ludzi na świecie, mogę powiedzieć, że mamy dobry produkt. Akcja „Made in Poland” to wsparcie działań biznesu, tworzenie spójnego przekazu, czym jest polski produkt: to połączenie dobrej ceny z jakością ponad oczekiwania — wyjaśnia Ilona Antoniszyn-Klik. I zdradza sekret sprzedawcy nieruchomości.

— Żeby dobrze sprzedać, trzeba mówić o nieruchomości gorzej, niż jest faktycznie. Wtedy klient przychodzi i mówi: „O, tu jest lepiej i tam lepiej”. Tak jest z polskimi produktami: na świecie panuje mniemanie, że są postsocjalistyczne, gorsze, a my przyjeżdżamy ze światowej klasy wyrobami. Przeskakujemy oczekiwania klienta — twierdzi wiceminister gospodarki. Jak agencja nieruchomości, to Ameryka, jak Ameryka, to duch rywalizacji, a jak rywalizacja, to sport.

I przypomina się myśl Moniki Piątkowskiej, dziś członka zarządu Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, która kilka lat temu walczyła o inwestycje dla Krakowa: „Gdyby branding był dyscypliną sportową, to wejście na podium w kraju nie byłoby problemem dla miast. Gdyby takie zawody zorganizować za granicą, miasta miałyby problem z dotarciem do podium”. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Monika Piątkowska tłumaczy, że to było dawno i nieprawda.

— Przez ostatnie lata dokonaliśmy sporego postępu i dziś nasz obraz jest zapóźniony w stosunku do rzeczywistości. I tu jest spore pole do popisu: co zrobić, żeby ten wizerunek nie był zapóźniony, żeby firmy z dumą przedstawiały się: „jesteśmy z Polski, kraju kreatywnych ludzi, dobrych produktów — mówi Monika Piątkowska i przypomina, jak Polskę scharakteryzował (prawie dekadę temu!) guru od budowania marek narodowych — Wally Olins: twórcze napięcie. I napięcie zaczyna rosnąć.

Do debaty wkracza biznes. Tomasz Misiak, szef rady nadzorczej Work Service — co prawda na początku wzrusza się, bo prowadzący przypomina mu, jak zaplanował ekspansję w 2003 r. Ale kiedy już przełknie łzy — wiadomo: czas upływa i nic go nie zatrzyma, a przez te dziesięć lat zbudował niezłe imperium — zaczyna budować twórcze napięcie.

Trzeba stawiać na czempionów, firmy dobre w tym, co robią, a nie na takie, które tylko ze wsparciem mogą podjąć ekspansję. To są ambasadorowie Polski, tak jak ambasadorem Szwecji jest IKEA, a Niemiec — Mercedes.

— Zawsze porównuję możliwości polskiej i amerykańskiej firmy. Nasza trafia na trzydziestoparomilionowy rynek. Amerykańska — 300-milionowy. Jeśli produkt się wstrzeli w USA, przedsiębiorca staje się na tyle bogaty, że może podbijać świat. Dlatego polskie firmy muszą zrozumieć, że rynek UE jest dla nich. Polacy muszą się nauczyć partnerstwa i kooperacji, pozyskiwać partnerów przez wejścia kapitałowe i zakładanie wspólnego biznesu. To nasz model biznesowy, który dziś sprawdza się najlepiej, lepiej niż kozackie podejście i próba walki z nieznanym rynkiem — przekonuje Tomasz Misiak. Podobnie na zagraniczne tory wjeżdża z giełdowym dopalaczem PKP Cargo.

— Np. w Niemczech jest duży sentyment do narodowych marek i producent stolarki, który jeździ toyotą, jest źle postrzegany. Gdy stanęliśmy wobec dylematu, jak rosnąć dalej: organicznie czy przez akwizycje, doszliśmy do wniosku, że powinniśmy przejąć lokalne zespoły, żeby nas postrzegano jako „swoich”. Większość kolei państwowych ma te same problemy co my 5-10 lat temu: ogromne uzwiązkowienie, zmieniające się zarządy i strategie, balon zadłużenia, który ciągnie je w dół, dlatego porwanie się na takiego przewoźnika jest ryzykowne. Będziemy się przyglądać małym prywatnym przewoźnikom lokalnym, którzy udowodnili, że potrafią wygrywać z narodowymi — zapowiada Łukasz Boroń, prezes PKP Cargo.

I nagle robi się ciemno jak w tunelu. Stop klatka! Nie można nagrywać! A przecież debatę będą chciały obejrzeć tysiące. Niezapowiedziana przerwa wszystkim gościom się podoba, zamawiają kawę, herbatę, ale zanim rozejdą się każdy ze swoim smartfonem, na wszystkie strony sali, kontynuują rozmowę.

— Bardzo mi się podoba ten błysk w oku przedsiębiorców, którzy kupują zagranicznego konkurenta z siecią sprzedaży — wyznaje wiceminister Ilona Antoniszyn-Klik. Niby tak, ale z tymi przejęciami łatwo nie jest, bo ani na studiach ekonomicznych, ani na MBA nikt nie uczy, jak policzyć przejęcie. A jeszcze większy jest problem długoterminowego kapitału. — Bank — nie. Giełda — nie. Private equity — nie, bo za pięć lat będą chcieli wyjść z inwestycji. Chciałbym, żeby mój syn przejął firmę — deklaruje Tomasz Misiak.

Jacek Czerniak z Citi Handlowego podkreśla, że z tym długoterminowym kapitałem w Polsce wcale nie jest tak źle. Dariusz Poniewierka, prezes KUKE, wtrąca, że — o ile na tym zarobi — ubezpieczy wszystko, ale obawia się, że może pojawić się problem, bo inwestycje polskich firm za granicą to eksport miejsc pracy.

Okazuje się, że tak nie jest — w Work Service dzięki zagranicznym akwizycjom pracuje o 200 osób więcej. I zaczyna się dyskusja: czy warto się sprzedać Chińczykom, i jacy oni są sprytni, że kupują brandy z udziałami w rynku, no ale oni mogliby palić w piecu pieniędzmi. I nagle oświeca wszystkich — znów jest prąd! Prezes KUKE uświadamia Tomasza Misiaka, że jedyne źródło długoterminowego kapitału siedzi obok niego. Wywołany do tablicy Jarosław Bełdowski, wiceprezes BGK, opowiada, jak to dzięki Famurowi i kontraktowi na 50 mln zł w Meksyku BGK stworzył wygodny instrument dla eksporterów, i składa obietnicę.

— Cały czas myślimy o nowych produktach, jeśli tylko dostrzeżemy, że możemy wprowadzić coś nowego, zrobimy to — zapewnia Jarosław Bełdowski. Prezes KUKE nie chce być gorszy i obiecuje KUKE2.0.

— Agencje kredytów eksportowych zaczynają zajmować się nie tylko przejęciem ryzyka, ale organizacją finansowania eksportu. Taką rolę naszej korporacji widzimy w najbliższych latach — mówi Dariusz Poniewierka. Jednak nawet najlepsze warunki stworzone przez rząd to tylko otwieranie drzwi. Za tym musi iść strategia i konsekwencja.

— A nie idzie, choć — by być skutecznym na rynkach odległych — trzeba o to walczyć nie rok czy dwa, ale dłużej. Jest też bariera mobilności. Trudno dziś znaleźć w Polsce zespół ludzi, którzy na dwa lata pojadą do Indii — mówi Jacek Czerniak. I tego brakuje polskim przedsiębiorcom: odwagi, wiedzy, że mają doskonały produkt, którym miło zaskoczą świat, mobilności. Sprzedajmy firmom „Let’s go outside!” — proponują uczestnicy debaty. A za oknem mgła i PKiN nie wygląda jak Big Ben, bo go nie widać. I wcale nie chce się wychodzić.

 

Czas na patriotyzm gospodarczy to projekt zorganizowany przez „Puls Biznesu”. Pierwsza odsłona cyklu zakończyła się w czerwcu — w trakcie debat z udziałem najważniejszych postaci administracji rządowej, najwybitniejszych polskich przedsiębiorców oraz czołowych menedżerów poruszane były tematy: czym jest współczesny patriotyzm gospodarczy, jak powinny wyglądać relacje biznesu z polityką, jak administracja może wspierać przedsiębiorców, m.in. w ekspansji międzynarodowej, i jak przedsiębiorcymogą się zrewanżować, angażując się w finansowanie kultury, edukacji i sportu. W drugiej części programu, zainaugurowanej 1 września, poruszane będą tematy związane z: sukcesami polskiego biznesu — udaną transformacją państwowych gigantów z molochów w prężnie działające organizacje, firmami o długich tradycjach, które świetnie odnajdują się we współczesnym świecie, menedżerami, którzy pną się po szczeblach kariery w globalnych strukturach, oraz udaną ekspansją zagraniczną polskich firm. Relacje ze wszystkich debat można przeczytać i obejrzeć na patriotyzm.pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Grzegorczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu