Gospodarka tylko okrężnie

opublikowano: 19-05-2015, 00:00

Kampania wyborcza na ostatniej prostej przypomina trening interwałowy.

Wysiłkowymi szczytami są debaty telewizyjne, w minioną niedzielę oraz w nadchodzący czwartek, a między nimi kandydaci truchtają. Dla wyborców jeszcze niezdecydowanych, na kogo głosować, takie bezpośrednie pojedynki niewątpliwie są podpowiedzią. Trudno jednak przypuszczać, by przyciągnęły do urn 24 maja ową połówkę elektoratu, która w ogóle nie była zainteresowana pierwszą turą.

Zobacz więcej

andrzejduda.pl

Punkt widzenia na debaty zależy zaś od punktu siedzenia. Według zwolenników PO w niedzielę wygrał rzecz jasna Bronisław Komorowski, który przełamał marazm i wrócił do gry. Wyborcy PiS niezmiennie zachwyceni są Andrzejem Dudą bez względu na to, co mówi.

Z pierwszej debaty starałem się wyłowić jakieś elementy, których jeszcze nie znaliśmy. I objawił się taki news — sygnał Andrzeja Dudy, że po ewentualnym wyborze na prezydenta powinien uczestniczyć w szczytach Rady Europejskiej. Co oznacza powrót do epoki wojny o krzesło w Brukseli. Wydawało się, że po pamiętnej awanturze o samolot z 2008 r. oraz orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego reprezentowanie państwa się unormowało: Unia Europejska dla premiera, a Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego dla prezydenta.

Gospodarzem szczytu NATO w lipcu 2016 r. na Stadionie Narodowym będzie oczywiście głowa państwa i być może stanie się to okazją do wielkiego wejścia Dudy na globalne salony. Polityczne ambicje unijne prowadzą natomiast do ostrego konfliktu z rządem dosłownie od pierwszych chwil po hipotetycznym zaprzysiężeniu 6 sierpnia. Pretendent zakłada, że po zwycięstwie PiS w październikowych wyborach parlamentarnych problem kompetencyjny przestanie istnieć.

W argumentacji rywali jedynie śladowo przebija się gospodarka. Jeśli już, to okrężnie, w kontekście społecznym — podatki, bezrobocie, wiek emerytalny etc. Właściwie to naturalne, ponieważ kandydaci naprawdę zdają sobie sprawę, że to… nie te wybory. Decyzyjność w inicjowaniu i stwarzaniu warunków dla przedsiębiorców leży w rządzie i parlamencie, a wpływ głowy państwa ogranicza się do podpisywania gotowych ustaw. Nauczką jest eksperyment Bronisława Komorowskiego z projektem nowelizacji ordynacji podatkowej, którą zablokował „jego” rząd. Załamany pierwszą turą prezydent wstawił podatkowe pytanie do swojego ratunkowego referendum, które samo w sobie jest konstytucyjną niedorzecznością.

Zastanawiającym brakiem w pierwszym telewizyjnym starciu było pominięcie euro. Przez 80 minut debaty nie padło na temat wspólnej waluty ani słowo. Że nie wspomniał urzędujący prezydent — nawet rozumiem, ten temat nie dodaje mu wyborczych punktów, ale tym bardziej trudno pojąć, dlaczego wątek euro pominął również pretendent, choćby w bloku pytań zadawanych przez rywali sobie nawzajem. Wielokrotnie podnosił w różnych innych miejscach kwestię interesu narodowego, a przecież trudno wyobrazić sobie temat wpasowujący się w taki właśnie nurt lepiej niż obrona złotego. Wychodzi na to, że obu kandydatom perspektywa euro odsunęła się bardzo daleko poza kadencję, o którą rywalizują.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu