Można obecnie zaryzykować stwierdzenie, że nie ma sensu pisać o tym, co dzieje się w USA, bo i tak nasz rynek nie jest skorelowany z amerykańskim. Korelacja jednak powróci, jeśli tylko S&P 500 wyjdzie z trendu bocznego. Powstaje pytanie, w którym kierunku pójdzie rynek amerykański. Pora roku sugeruje wyjście dołem, a nadzieje na ożywienie gospodarcze górą.
Nie przykładam dużej wagi do sesji piątkowej, bo rozwój sytuacji był łatwy do przewidzenia. Intel sprowokował spadek indeksów. Po wielu sesjach wzrostu inwestorzy potraktowali prognozę Intela jako sygnał, że po dobrej informacji trzeba realizować zyski. Gdyby jej nie było, to sesja zakończyłaby się bez wielkich zmian. Jednak od strony technicznej pojawiło się kilka niepokojących sygnałów. Już atak podaży w pobliżu oporów technicznych jest niepokojący. Podobnie niepokojące są sprzedaże kontraktów przez dużych inwestorów. W tym tygodniu rynek dostanie dużo danych makro i zobaczymy, jak na nie zareaguje. Jeśli na dobre dane będzie reagował słabo, albo nawet spadkiem, to pójdziemy na południe. Podobny wniosek należy wyciągnąć, jeśli reakcją na złe dane będą wyraźne spadki. Wzrosty po dobrych danych zostawią znak zapytania.
Dziś z USA dostaniemy dane makro, które będą pierwszym poważnym testem nastawienia inwestorów. O 14.30 dowiemy się, jakie w lipcu były zamówienia na dobra trwałego użytku (prognoza: +0,9 proc.). O 16.00 nadejdzie raport z rynku nieruchomości (sprzedaż nowych domów w lipcu — prognoza minus 1,7 proc.) i sierpniowy indeks zaufania konsumentów (prognoza: 79,7 pkt). Wcześniej, bo o 10.00, na nastroje w Europie wpłynie indeks Ifo opisujący klimat w biznesie (prognoza: 90 pkt).
Poniedziałkowy początek sesji na naszym rynku był łatwy do przewidzenia – korekta. Nie było innego wyjścia, tym bardziej że w Europie indeksy również się osuwały. Jednak, ponieważ podaż była bardzo spokojna, inwestorzy doszli do wniosku, że nic im nie grozi i znowu rozpoczął się krótkotrwały szał zakupów. Zakończenie było neutralne, bo prawdziwy problem jest na poziomie 1590 pkt.
Sesja nie miała dużego znaczenia technicznego, ale pokazała, że rynek jest bardzo mocny. Popatrzmy na szerszy obraz sytuacji. Pod koniec sesji w piątek realizacja zysków i wczorajsze załamanie się wzrostu niewątpliwie wzmocniły opór na poziomie 1590 pkt. Wielu inwestorów mówi, że duży obrót oznacza wejście olbrzymiego kapitału, więc bykom nic nie grozi. Problem w tym, że na szczytach zawsze jest duży obrót i największa pewność kontynuacji wzrostów. W historii GPW znalazłem tylko jedną sesję z podobnym obrotem — w grudniu 2001 roku. Po tej sesji WIG wzrósł jeszcze o prawie 6 proc. w ciągu 4 sesji. Potem spadł o 35 proc. w ciągu 9 miesięcy. Sytuacja gospodarcza jest zupełnie inna. Inna jest też siła funduszy, ale warto sobie przypomnieć, że tak duży obrót nie musi natychmiast wywołać spadków i z całą pewnością nakazuje zachowanie olbrzymiej ostrożności.
Niepokojący jest optymizm zarządzających i analityków. Właściwie wszyscy mówią to samo: teraz korekta jest możliwa, ale potem, pod koniec roku indeksy znowu mocno ruszą do góry. Na giełdzie niezwykle rzadko jest tak, że wszyscy mają rację. Wniosek jest prosty — mamy alternatywę. Pierwsza możliwość to, że teraz nie będzie dłuższej korekty, albo — jeśli jednak się rozpocznie — będzie bardzo krótka, a wzrosty się utrzymają. Druga możliwość to rozpoczęcie realizacji zysków, które wszyscy będą traktowali jako korektę. Pod koniec roku okaże się, że to jest powrót do bessy. Zdaję sobie sprawę ze spekulacyjnej natury tych wzrostów, skłaniam się ku temu pierwszemu scenariuszowi. Może się okazać, że korekta będzie się przesuwała z jednego sektora w drugi i nie musi objąć spółki, którą mamy w portfelu. Na tym etapie skład portfela będzie miał podstawowe znaczenie i trzeba bardzo się zastanowić, zanim zdecydujemy się na sprzedaż.