W USA mieliśmy wczoraj bardzo dziwną sesję. Złe dane o wydajności pracy osłabiły obóz byków, ale zostały zneutralizowane tym, że w całym roku była największa od 1950 roku. Tyle, że zastosowane do jej podniesienia środki były też bezprecedensowe. Jedno jest pewne: spadek wydajności pracy nie potwierdza tego, że trwa ożywienie gospodarcze. Całą sesję trwała obrona wsparć, a indeksy krążył wokół nich. Tyle, że nie wyglądało to na zaciętą obronę, bo podaż była relatywnie mała. Wyraźnie widać było, że inwestorzy nie mogli się zdecydować. Kusiło wsparcie i możliwość kolejnego odbicia (do zarobienia byłoby około 3 proc. na S&P 500), a z kolei obóz niedźwiedzi miał nadzieje na przełamanie wsparć i ruch przynajmniej o 5 proc. do dołu. Wygrały niedźwiedzie, ale w marnym stylu, co nadal niczego nie przesądza.
W Eurolandzie trwały spadki, chociaż można to było w czasie naszej sesji nazwać jedynie ostrożnością, bo po środowej sesji indeksy w USA były tuż nad przepaścią i tym razem mogły już nie zawrócić. Na początku sesji bardzo mocno wpływała na rynki informacja, że Ericsson będzie miał nowego prezesa. Kurs wzrastał ciągnąc za sobą sektor TMT. Oczywiście była to reakcja jednorazowa i w żadnym przypadku nie pokazywała, co będzie się działo w sektorze w następnych dniach. Niewiele zmieniła decyzja Banku Anglii o obniżeniu stóp, a w niczym nie zmieniła decyzja ECB, który zostawił stopy bez zmian. Sesje skończyły się dużymi spadkami, ale nie była to w żadnym wypadku panika. To wcale nie jest dobry znak, bo panika zazwyczaj kończy spadki.
Nasz rynek zachowywał się bardzo niespokojnie. Przede wszystkim znacznie wzrosły obroty, co na spadku jest niezwykle złym sygnałem. Poza tym większość dużych spółek naruszała lub zbliżała się do ważnych poziomów wsparcia. Podobnie wyglądało to na indeksach. Widać było, że duży kapitał postanowił opuścić nasz rynek, a wychodził z dużych i płynnych tak lubianych przez fundusze zagraniczne. Skoro decyzję podjął na tak niskim poziomie to znaczy, że uważa, że długa droga na południe przed nami. Oczywiście, może się mylić, bo duży kapitał też myli się często, ale to jest poważne ostrzeżenie. Nie sprzedaje się akcji, jeśli maja spaść jeszcze tylko o parę procent.
Osobnym rynkiem było Pekao. Sebastian Łuczak, rzecznik banku, poinformował, że w tym roku bank nie będzie podawał prognoz finansowych. Poza tym bank podał, że zysk w zeszłym roku wyniósł około 800 mln zł. potwierdzając obawy rynku, że znowu będzie mniejszy od prognoz. Byli wczoraj duzi inwestorzy, którzy uważali, że najgorsze już minęło i trzeba kupować. Olbrzymim zagrożeniem w przyszłości będzie jednak to, że nie będziemy nic wiedzieli o prognozowanych wynikach banku.
Dzisiaj o przebiegu sesji mają szansę zadecydować dane makro. O 14.30 dowiemy się jaka była w styczniu stopa bezrobocia (prognoza: 6 proc.) oraz zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym (prognoza: plus 69 tys.). Wydaje się, że bardziej istotna będzie ta druga liczba. O 16.00 na rynek dotrze raport o zapasach w hurtowniach (prognoza + 0,2 proc.) – te dane będą miały znikomy wpływ na rynek. Rynek jest w takim stanie, że byle zła informacja może wywołać lawinę.
Jeśli chodzi o GPW to teoretycznie ważne powinno być to jak zachowały się wczoraj rynki USA i jak dzisiaj będą zachowywały się rynki Eurolandu, ale atak tak dużej i zdeterminowanej podaży musiał wystraszyć inwestorów. Wsparcie na WIG-20 zostało naruszone (naruszone, bo zawsze trzeba brać pod uwagę filtr), ale takie naruszenie wsparcia i powrót nad nie (ale na dużym obrocie) byłoby sygnałem kupna. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak pilnie obserwować nie tyle indeks, ale przede wszystkim obrót. Wydaje się, że decydująca powinna być godzina 14.30 i dane makro z USA. Decydująca wyłącznie, jeśli chodzi o obronę wsparcia, a nie o zmianę trendu – do tego jedna sesja nie wystarczy.