Fatalny przebieg wczorajszej sesji na Wall Street oraz spadki w Eurolandzie wskazują, że nastroje na światowych giełdach są złe. Teoretycznie nic nie powinno odwieźć inwestorów w Warszawie od kontynuacji sprzedaży akcji. Tylko że polska giełda lubi zaskakiwać...
Poniedziałkowe sesje w Europie sparaliżował strach przed kolejnymi aktami terroru, po tym jak do zamachu w Madrycie przyznała się Al-Kaida. Ten sam czynnik doprowadził do spadków na Wall Street. Dow Jones stracił na zamknięciu ponad 1,3 proc. i zamknął się na poziomie 10102,89 pkt. Technologiczny Nasdaq spadł o 2,3 proc. do poziomu 1939,20 pkt
Spadki na Zachodzie oraz beznadziejne zamknięcie na wczorajszej sesji w Warszawie wskazują, że spadki powinny być kontynuowane. Indeksy zeszły poniżej linii trendu wzrostowego, co jest sygnałem do sprzedaży lub... pułapką. Warszawska giełda lubi zaskakiwać.
Scenariusz z przebiciem linii trendu przerabialiśmy w tym roku m.in. pod koniec stycznia. Wówczas to po niemal czterech tygodniach stabilizacji notowań, WIG20 niespodziewanie wybił się dołem konsolidacji schodząc poniżej 1650 pkt.
Komentarze były jednoznaczne w wymowie – to koniec hossy. Tymczasem okazało się, że po sześciu gorszych sesjach inwestorzy powrócili do zakupów by za około miesiąc ustanowić 3-letni szczyt notowań powyżej 1800 pkt.
Wczoraj WIG20 znów przebił linię trendu wzrostowego, tym razem na 1730 pkt. I komentarze znów nie pozostawiają złudzeń – powstał sygnał sprzedaży. Oczywiście to bardzo zła wiadomość dla inwestorów. I teoretycznie powinno to doprowadzić do pogłębienia spadków. Oby się tylko nie okazało, że mamy do czynienia z kolejną pułapką. Na dobrą sprawę spadki nie mają głębokiego uzasadnienia fundamentalnego. W takiej sytuacji zachować ostrożność, ale nie poddawać się panice to najlepsze co inwestor może dziś zrobić.