GPW zbyt ślepo naśladuje Nowy Jork
Jeden ze znanych satyryków prezentował ostatnio w publicznym radiu swój najnowszy monolog. Wziął na warsztat statystycznego polskiego inwestora giełdowego i przedstawił fragment jego „dziennika pokładowego”. Wspomnienia układały się mniej więcej w taki ciąg: „Poniedziałek — Nowy Jork wzrósł o 1 proc., ale my w Warszawie nie wierzymy w trwałość tej tendencji i spadamy o 3 proc. Wtorek — za Atlantykiem ceny bez zmian, co u nas wywołało niepokój i spadek o 2 proc. Środa — spadek na giełdzie w Mururoa, my lecimy w ślad za nią. Czwartek — okazało się, że na Mururoa nie ma giełdy, z braku lepszych wieści u nas akcje ani drgnęły etc.”
PIERWSZĄ REAKCJĄ był naturalnie zdrowy śmiech, zwłaszcza u słuchacza trzymającego się od giełdy z daleka. Ale dla inwestora, który ryzykuje na GPW własnymi pieniędzmi i żyje jej życiem, był to najwyżej uśmiech i to przez łzy. To, co satyryk przedstawił w krzywym zwierciadle, jest bowiem rzeczywistością, w której na dobre utknęli nasi inwestorzy giełdowi.
CORAZ MNIEJ UWAGI poświęcają oni wynikom naszej makroekonomii oraz analizie fundamentalnej polskich spółek giełdowych (mimo ogólnej mizerii można wśród nich jeszcze znaleźć kandydatów na blue-chipy). Nie zajmuje ich też w takim stopniu jak kiedyś analiza techniczna. Dziś niemal wszyscy pasjonują się tym, co zdarzyło się, lub może się zdarzyć, na największych giełdach światowych.
PRZYZNAĆ TRZEBA, że prasa przykłada do tego rękę. W codziennych komentarzach maklerów drukowanych przez dzienniki rzucają się w oczy odmieniane przez przypadki Nowe Jorki, Dow Jonesy, Greenspany itd. Czasem dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, że komentatorzy giełdowi nie poświęcają naszej giełdzie w ogóle uwagi, a skupiają się na stanie gospodarki amerykańskiej i kursach nowojorskich blue-chipów.
SYTUACJA BYŁABY w miarę zrozumiała, gdyby nasi inwestorzy masowo lokowali oszczędności w zamorskich papierach wartościowych. Ale tak nie jest. Zezwolenia na udział w transakcjach zagranicznych mają nieliczne domy maklerskie, a stawki prowizyjne przez nie narzucone ograniczają grupę chętnych do najbogatszych klientów indywidualnych i instytucji. Cała pozostała rzesza na razie nie kupuje akcji AT&T; czy Microsoftu, tylko Elektrimu i KGHM.
ZDANIEM WIELU ANALITYKÓW, nasza giełda jest skazana na podążanie śladem innych, większych parkietów. GPW jest po prostu zbyt mała, by w czasach przyspieszonej globalizacji i znoszenia barier w przepływie pieniądza, mogła żyć swoim własnym życiem. Nie oznacza to jednak, że mniej lub bardziej istotne wydarzenia na Wall Street mają być jedynym czynnikiem decydująco wpływającym na notowania polskich akcji.
TYM BARDZIEJ że owa korelacja Warszawa-Nowy Jork bywa — tak jak w tekście satyryka — jednostronna. Kiedy za Atlantykiem ceny akcji spadają, u nas spadają jeszcze szybciej. Kiedy tam rosną, u nas albo rosną w mniejszym stopniu, albo wręcz spadają (w obawie przed oczekiwanym od miesięcy załamaniem w Nowym Jorku). Po blisko pięciu miesiącach tego roku zarówno nowojorski indeks Dow Jones jak i warszawski WIG wzrosły o około 20 proc. Tyle że Nowy Jork bije coraz to nowe rekordy historyczne, a Warszawie ciągle daleko do najwyższych notowań.
ŚLEPE NAŚLADOWNICTWO Zachodu trzeba widzieć w kontekście dyskusji o przyszłości GPW, a właściwie o grożącej jej marginalizacji. Jeśli GPW opuszczą najlepsze spółki, a o notowaniach pozostałych i tak będą decydowały inne giełdy, to odejdą nawet najwytrwalsi inwestorzy. Wtedy już nikt nie będzie się śmiał z giełdowych dowcipów satyryków.