Biznes nie rozumie specyficznego rodzaju biznesu, jakim jest polityka, czyli przejęcie władzy i utrzymanie się przy niej przy wykorzystaniu mechanizmów wyborczych. Już z najprostszej definicji sejmowych korytarzy wynika, że w polityce najważniejsze jest zdobywanie wyborców. Nie dobrze zarządzane państwo. Nie wzrost gospodarczy.
Przyszłej koalicji rządzącej zostaje do zdobycia jeszcze kilka procent głosów, jeśli nie chce być zdana na egzotycznych, krnąbrnych koalicjantów. Każdy głos jest ważny. Najprostsza do pozyskania jest grupa wyborców bez preferencji politycznych. Czytają „Super Express”, przyklaskują pomysłom „domiaru” dla najlepiej zarabiających, ograniczenia liczby posłów do 100, zamykania oddziałów zagranicznych banków w Polsce.
Przekonani są, że gdyby nie bogaci, to żyłoby się im lżej. To olbrzymia, stosunkowo łatwa do przejęcia grupa wyborców. I to także dla partii dotychczas postrzeganych jako zdroworozsądkowe, a nawet liberalne. Zaczynając grać na populistycznej nucie, nie tracą swego niewielkiego, twardego elektoratu lepiej wykształconych. Ryzyko ucieczki elektoratu jest niewielkie, bo dokąd? A mądrzy wyborcy wiedzą, że po prostu zaczyna się przedwyborczy teatr. W politycznej reklamie nadchodzi czas cudownych lekarstw. Rozpoczyna się gra o każdego wyborcę i gra o powyborczą scenę polityczną.
ERYK MISTEWICZ, specjalista marketingu politycznego